Egoistka!


Herbata stygnie zapada mrok, a pod piórem ciągle nic... Te słowa cisną mi się na usta pisząc ten pierwszy od ponad roku post. Codzienność wciągnęła mnie bez reszty. Choć obiecywałam sobie, że blog nie pójdzie w odstawkę po moim powrocie do pracy w lutym 2015, życie zweryfikowało swoje plany i pomysł na mnie i na moją rodzinę...

Dopiero teraz widzę jak ta nasza matczyna wielozadaniowość tak naprawdę daje nam, kobietom, w kość. I choć trudno zrzucić winę na otoczenie, w końcu to my same podejmujemy kluczowe decyzje mające wpływ na nas i naszych najbliższych, to jednak większość z nas z tyłu głowy ma tę natrętną myśl o byciu cały czas obserwowaną i ocenianą. Z tego powodu jeszcze bardziej dokręcamy sobie śrubkę. Zamiast pójść spać o zbożnej porze, wyciągamy mopy i deski do prasowania, by udowodnić, że nasza praca zawodowa nie ma negatywnego wpływu na stopień czystości naszych domów czy ostrość kantów na spodniach naszych partnerów. Przecież wieść gminna niesie, że wygląd naszych facetów świadczy o nas samych, a wymemłana koszula jest niezbitym dowodem na to, że żona nie ogarnia domowej kuwety. Nasz kobiecy PR sięgnął bruku. Tak być nie może. I choć nasze ciała błagają o odpoczynek, wlewamy w siebie o 21:00 kolejną kawę, by nie dać teściowej powodów do "uwag" na temat dezorganizacji naszych domostw. 

PERFEKCYJNE AŻ DO BÓLU

Dobiega północ, chowamy deski, mopy i inne szmaty. Uprasowane ubrania, poukładane w stosiki, czekają już na swych małych i dużych właścicieli. Podłoga lśni, w przypływie werwy i na fali kofeiny udało nam się nawet wypolerować zlew w kuchni. Marta Stewart i Perfekcyjna byłyby z nas dumne. W międzyczasie zadbałyśmy jeszcze o nasz rozwój osobisty - wiemy co dzieje się na świecie (oglądałyśmy TV24 w czasie prasowania) i wysłuchałyśmy fragmentu audiobooka w czasie szorowania podłogi. Jeszcze tylko szybki prysznic, golenie nóg i malowanie paznokci. Przecież nie możemy pokazać się w pracy z obdrapanym lakierem, a szczecina na naszych łydkach może przebić się przez rajtki 40 den i co wtedy o nas pomyślą nasi współpracownicy? Że nie ogarniamy "zawodowej" kuwety?



A tak w ogóle, to dlaczego nie zostajemy tak jak inni w pracy po godzinach? Dlaczego nasz  pokój świeci pustkami po 17:00, podczas gdy w innych tętni w najlepsze biurowe życie? Czyżby po urodzeniu dziecka nasze zaangażowanie w pracę uległo zmniejszeniu? Jeśli nie możemy dać z siebie więcej, to może byłoby lepiej gdybyśmy pozostały w domu przy dzieciach zamiast blokować miejsce młodym, bezdzietnym, którzy nie mają nic przeciwko temu, by spędzić przed ekranem komputera dodatkowe 3-4 godziny, nawet w weekend czy w święta? 

PO PIERWSZE NIE SZKODZIĆ

I kolejny raz, my, pracujące mamy jesteśmy w potrzasku. By udowodnić, że potrafimy być równie dobrymi i zaangażowanymi pracownikami, z cichym westchnieniem wyciągamy wieczorem laptopy, jeszcze raz sprawdzając, czy nasi milusińscy już śpią. Wtedy mamy pewność, że dostarczyłyśmy im codziennej dawki matczynej miłości i uwagi, i teraz spokojnie, bez szkody dla dzieci, możemy głosić wszem i wobec, że my też pracujemy po godzinach z premedytacją zapełniając skrzynki mailowe śpiących kolegów.

A śpią też już nasi mężowie, którzy cierpliwie czekali na nas z kieliszkami czerwonego wina na kanapach. Film, który mieliśmy wspólnie obejrzeć już dawno się skończył, a kieliszki wciąż stoją zapełnione walentynkowym trunkiem. I znów czujemy, że przegrałyśmy, tym razem na polu "związek". Nasz kobiecy PR zanotował kolejny spadek, dlatego przyrzekamy sobie, że następnym razem zostawimy komputery w pracy i zamiast nad raportem popracujemy nad swoim małżeństwem.

I TAK W KÓŁKO

W tym miejscu powinna pojawić się jakaś błyskotliwa pointa lub złoty środek, który sprawi, że my pracujące, wielozadaniowe, przemęczone, przepracowane i wiecznie osądzane mamy wydostaniemy się z pułapki perfekcjonizmu, w którą same siebie wpędziłyśmy. Zachciało nam się równouprawnienia, więc jej mamy. Tyramy ponad siły, by sprostać oczekiwaniom naszego otoczenia. Ale czy nasi współpracownicy będą nam współczuli, gdy dopadną nas powikłania po grypie, którą zamiast pod kołdrą w domu spędziłyśmy w biurze? Czy teściowie zwrócą uwagę na to, jak błyszczy nasza podłoga i jak równo mamy poukładane ubrania w szafie, gdy będą musieli zająć się naszymi dziećmi w czasie naszego pobytu na oddziale w szpitalu? Czy nasi partnerzy będą uważać nas za 100% matki, żony i kochanki, gdy przyjdzie im pracować na 3 etaty, by samodzielnie spłacać kredyt za mieszkanie? Niby nasza praca zawodowa odbija się negatywnie na małżeństwie, ale te zarabiane przez nas tysiące (zwane przez niektórych panów, o zgrozo! zapomogą), które wpływały na nasze wspólne konto były "fajną sprawą". A i on mógł od czasu do czasu wieczorem w spokoju obejrzeć meczyk, gdy my kręciłyśmy piruety na mopie...

BĄDŹMY EGOISTKAMI!

Dziewczyny, bądźmy egoistkami! Zerwijmy z mitem perfekcyjnej matki, żony, pracownicy i pani domu. Takie osoby nie istnieją, choć media próbują nas przekonać do czegoś innego. Nie można mieć ciastka i mieć ciastko. Bijąc się w pierś przyznaję publicznie, że czasami nie ogarniam. Rzeczy z mojej szafy aż za często z niej wypadają przy otwieraniu drzwi, po podłodze fruwają kępki psiej sierści i czasem oddaję dzieci do dziadków na weekend, by móc w spokoju po prostu poleżeć przed telewizorem. Zamiast popijać kolejną herbatkę lub snuć się bez celu po biurze, w pracy zasuwam na 300% normy, by wracając do domu oddać się całkowicie roli mamy. Ale i tu nie jestem ideałem. Zdarza mi się zamówić pizzę, by nie musieć gotować obiadu i włączać bajki, by wypić w samotności poranną kawę. Nie chcę i nie będę nikomu niczego udowadniać. Jestem tylko człowiekiem, a nie maszyną. Co więcej, jestem egoistką, haha! Gdy to sobie uświadomiłam, życie stało się prostsze. Kochania siebie trzeba się nauczyć, gdyż od dziecka mamy wpajane, że kobieta jest stworzona do służenia innym. A kto będzie służył nam, gdy nasze wymęczone ciała odmówią posłuszeństwa? Ja w duchu liczę na moją rodzinę. Współpracownicy co najwyżej prześlą bukiet kwiatów opatrzony liścikiem "Szybkiego powrotu do pracy"...

Miłego poniedziałku,
A

Spodobał Ci się ten post? Podziel się nim!

Życie w ciągłym pędzie

Dawno mnie tu nie było. Życie realne, codzienne, szybkie i wypełnione po sam brzeg pochłonęło mnie do reszty. Powrót do pracy na pełen etat przebiegł prawie bezproblemowo. Artur szybko przyzwyczaił się do mojej wielogodzinnej nieobecności, podczas której stery naszej domowej łajby przejmowały babcie, a ja oswoiłam z myślą, że nasz dotychczasowy plan dnia i styl życia odchodzi w zapomnienie. I właśnie tego naszego piżamowego, pachnącego poranną kawą i kaszką lajfstajlu najbardziej jest mi brak i żal, gdy każdego dnia o 7 rano opuszczam nasz dom.


Od powrotu do pracy nasze życie nabrało zawrotnego tempa. Dzień mija za dniem zupełnie niepostrzeżenie. Czasami zastanawiam się co zrobić, by choć odrobinę przyhamować. Częściowo udaje nam się to w weekendy, na które nie planujemy żadnych zajęć dodatkowych, nie szalejemy w centrach handlowych, nie gotujemy obiadów z 10 dań, odkładamy na bok telefony i laptopy, i jesteśmy tylko dla siebie. Na przysłowiowe wyciągnięcie ręki... 

Niektórzy z Was zapewne zapytają: "A gdzie czas dla Ciebie"? Odpowiem szczerze i bez zbędnego owijania w bawełnę: mało go. Jego resztki, które trafiają mi się od czasu do czasu oddaję dzieciom. I wcale tego nie żałuję, bo moi chłopcy nigdy nie będą młodsi niż teraz. Nigdy nie będą mnie bardziej potrzebować, czy chcieć spędzać wolne chwile tylko ze mną niż obecnie. I czy mogłabym odrzucić propozycję zabawy autkami wyrażaną przez małego berbecia ciągnącego mnie za rękę do swojego pokoju mówiącego "mama oć"? Czy przetrawiłabym zawód wypisany na twarzy mojego sześciolatka, gdybym odmówiła gry w "jeżyki" tylko po to, by móc pochwalić się, że udało mi się wygospodarować pół godziny na np. na szydełkowanie? NIGDY W ŻYCIU! Chcę by moje dzieci, gdy będą już dorosłe, powiedziały z całkowitym przekonaniem, że ich mama zawsze miała dla nich czas. I chociaż miałabym okupić to górą prania w łazience i drugą taką rzeczy do prasowania, potrzeby i oczekiwania moich synków są najwyższym priorytetem, których zaspokajanie jest moją główną siłą napędową i motywacją do walki z trudami dnia codziennego. 

Na ten nadchodzący rok 2016 życzę Wam i Waszym Rodzinom przede wszystkim spokoju i zdrowia. Są to jedyne rzeczy, za które nie jesteśmy w stanie zapłacić czy ich sobie "załatwić". Całą resztę możemy mieć, jeśli tylko chcemy...

Ania

Jak to wszystko ogarnąć?

Wiele mam wracających do pracy po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym narzeka na permanentny brak czasu, natłok obowiązków i ogólną życiową dezorganizację. Niektóre z nich po miesiącu czy dwóch z bezsilności składa broń i z dnia na dzień odchodzi z pracy lub wraca na bezpłatny urlop wychowawczy. Ja do nich nie należę i za chwilę napiszę Wam dlaczego. 


Na początek zarys naszej sytuacji życiowej. Zacznę od tego, że będąc mamą dwójki dzieci, już dwukrotnie wróciłam do pracy po "odchowaniu" moich maluchów. Po urodzeniu Kubusia - po równo roku, po narodzinach Artusia - po 18 miesiącach. Czy zrobiłam to za wcześnie czy za późno - to pozostawiam bez komentarza. Dodam tylko, że mój starszy syn nie ma żadnych lęków, nie moczy się w nocy i ma ze mną świetny kontakt. Dla mnie znaczy to mniej więcej tyle, że raczej nie doznał uszczerbku na psychice przez to, że spędziłam z nim jedynie 12 miesięcy, a nie 3 czy 4 lata.

PLAN DNIA - SZAŁ CIAŁ OD SAMEGO RANA

Codziennie wstaję o godzinie 5:30, a wynika to z faktu, iż od mojego miejsca pracy dzieli mnie mniej więcej 50 km, które pokonuję w około 50-60 minut. Przed wyjściem do pracy szykuję sobie i dzieciom ubrania (często dopiero wtedy je prasuję), przygotowuję śniadanie, czasem nawet myję podłogę. Czyż czysta podłoga nie daje od razu wrażenia porządku w domu? Moim zdaniem tak, więc mopowanie 50m2 opanowałam do perfekcji pod względem czasowym (robię to w max. 10 minut) i jakościowym. 

Z domu wychodzę ok. godziny 7:00. Ponieważ pracuję w korporacji, przerwa na lunch wydłuża moje godziny pracy o dodatkowe 30 minut. Do tego kolejnych 60 na powrót i jestem ponownie w domu o 17:30. 

HONEY, I'M HOME!

Wracając robię niewielkie, codzienne zakupy w osiedlowym sklepiku - głównie chleb, mleko i żółty ser. W pozostałe produkty spożywcze zaopatruję się raz w tygodniu - w sobotę. Tworzę wtedy mega długą listę zakupów, którą przekazuję mężowi do realizacji. Tym sposobem eliminuję potrzebę biegania po marketach w środku tygodnia, a odpowiednie przechowywanie jedzenia gwarantuje, że nawet wędlina wytrzymuje tydzień czasu w niezmienionej formie.

No dobrze, jest 17:30 i co dalej? Od tej pory zajmuję się tylko i wyłącznie dziećmi. Bawimy się, czytamy, przytulamy, opowiadamy o tym, co ciekawego przyniósł nam dzień, po prostu jesteśmy razem. Czasami idziemy w odwiedziny do przyjaciół lub rodziny. Zdarza nam się wyskoczyć do sali zabaw lub na pizzę. Gdy dni będą dłuższe, będziemy chodzić całą naszą czwórką na długie wiosenne spacery, robić wycieczki rowerowe i spędzać maksymalną ilość czasu poza domem. Teraz jednak, gdy wcześnie robi się ciemno, obaj moi chłopcy ok. 20:00 leżą już grzecznie w swoich łóżeczkach (co nie oznacza, że od razu zasypiają, bo to następuje po około godzinie spędzonej na wspólnym czytaniu bajek i rozdawaniu buziaków). 

Od 21:00 zaczyna się tzw. "czas dla siebie", który spędzam na:

  • sprzątaniu całodziennego bałaganu 
  • włączeniu przynajmniej jednego ładunku prania (staram się prać codziennie, przez co nie miewam gór prania w łazience).
  • zrobieniu kolacji dla siebie i męża, i rozmowach o tym, jak nam minął dzień
  • załadowaniu zmywarki
  • poskładaniu już wysuszonych ubrań (swoje ciuchy prasuję przed założeniem, dziecięce ubrania i koszule męża uwielbia prasować moja mama, więc często korzystam z jej weekendowej pomocy)
  • gotowaniu obiadu na następny dzień lub przygotowaniu składników, które wykorzysta babcia Artusia. Dodam tylko, że jej zadaniem jest tylko i wyłącznie opieka nad maluchem i jego karmienie. Prace domowe to domena moja i mego Szanownego.
  • spaniu / czytaniu / oglądaniu TV / czasem na pisaniu bloga :D

Efektem powyższych działań jest to, że o 23:00 zasypiam w domu, w którym nie panuje chaos, dzieci są odpowiednio zadbane, a w lodówce i w garnkach zawsze mam świeże jedzenie. To wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ogromne wsparcie mojego męża, który zaprowadza i przyprowadza z przedszkola naszego starszego synka, wyprowadza i karmi psa, jest odpowiedzialny za utrzymanie porządku w łazience, odkurzanie podłogi, mycie okien, comiesięczne opłacanie rachunków oraz za wspomniane sobotnie zakupy. Czy to dużo czy mało pozostawiam Waszej ocenie. Grunt, że u nas taki układ sprawdza się w 100%:)

A jak Wy to wszystko ogarniacie?

Miłego weekendu,

Matka Robokop :)

Pędząc do przodu...



Nie lubię zmian, zwłaszcza tak radykalnych, ale czas nie stoi w miejscu i zmusza nas do ścigania się z nim nawet wbrew naszej woli. Stało się. Równo dwa tygodnie temu porzuciłam domowe pielesze i po dwóch cudownych i przede wszystkim spokojnych latach wróciłam do pracy.

ROZSTANIE

Rozstanie z Arturem, z którym dotychczas spędzałam niemal 24h/dobę, obyło się bez łez i rwania włosów. Było buzi i papa na do widzenia i cierpliwe odliczanie długich godzin dzielących mnie od powrotu do domu. A w pracy? Sporo osób było zaskoczonych na mój widok, sądząc, że wpadłam jedynie na kilka minut w odwiedziny. W moim dziale pojawiły się nowe twarze, które początkowo podchodziły do mnie z dużą rezerwą, czym wprawiały mnie w niemałą konsternację. No ale cóż, klamka zapadła, mleko się wylało, odwrotu nie ma. Rzucenie papierami jest ostatnią rzeczą, na którą mogłabym sobie pozwolić mając dwoje dzieci i kredyt we frankach do spłacenia. 

Sytuacja uległa znacznej poprawie po mniej więcej tygodniu. Gorzej z moimi siłami witalnymi, które na co dzień odchodzą w siną dal około godziny 20:00, gdy kładę moich chłopców spać. Wtedy muszę dokonać wyboru: kolejna kawa albo sen. I właśnie ten drugi ostatnio wygrywa większość wieczornych bitew, skutecznie odciągając mnie od bloga i tym podobnych uciech. 

LEPSZE ŻYCIE? INNE ŻYCIE!

Byłam na siebie zła, że w całym mym dniu, tak mało czasu pozostało dla mnie samej. Bo blog był i jest moją największą odskocznią od codzienności, która potrafi dać mi nieźle w kość. Z drugiej strony, czytając o tych wszystkich aferach blogorokowych i ogólnemu wyścigowi blogowych szczurów, do których chcąc nie chcąc większość z nas, blogerów się porównuje (wypadając najczęściej bardzo blado), moja chęć i przede wszystkim wena odeszły w siną dal. Zachęcona przez kilka moich Czytelniczek, postanowiłam strzelić sobie dziś mocne espresso i dać znak życia :) Bo żyję. Czy lepiej niż jeszcze dwa tygodnie temu? Dziś jest mi wciąż ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Jest na pewno inaczej, ale i do tej inności zaczynamy się wszyscy przyzwyczajać, a nowy rozkład dnia staje się tym obowiązującym przez następne lata, a może nawet dekady...

NIE IDĄC DO PRZODU, COFAMY SIĘ

Zmiany, choć budzą w nas uzasadniony lęk, są potrzebne. I nam, dorosłym, a także, wbrew pozorom, naszym dzieciom. Dzięki zmianom nasze maluchy dorastają i ćwiczą tak ważną w dzisiejszych czasach umiejętność adaptacji do zmieniających się warunków i sytuacji. Ja po dwóch latach życia w domowym kokonie powiedziałam pass. Stwierdziłam, że czas wyjść z domu i stawić czoła rzeczywistości. Niektóre moje koleżanki przedłużają sobie tę domową sielankę zachodząc w kolejną ciążę, ale summa summarum nie jest to rozwiązanie długoterminowe, gdyż kiedyś w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie: "Co dalej?".  Ja już znam na nie odpowiedź, dlatego mimo wypitego espresso położę się wcześniej spać, by jutro rano wstać prawą nogą, gdy zegar wybije 05:30. 

Z pozdrowieniami,

Matka Pracująca, co to żadnej pracy się nie boi;) 


Ładuję baterie...


Miał być styczeń, w końcu okazało się, że jednak luty. A dokładnie 2 luty 2015 roku. Tego dnia moje dotychczasowe życie przejdzie do przeszłości. Wracam do pracy. Klamka zapadła. Już nie ma odwrotu...

Jednak zanim wyskoczę z ulubionego dresu, dopóki nie muszę wstawać o 5 rano, korzystam z każdego dnia, który dzieli mnie od godziny X. A te ostatnie chwile urlopu wychowawczego przyszło mi spędzić w jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi: w Zakopanem. I chociaż śniegu jest tyle, co kot napłakał (zdjęcie jest zeszłoroczne, żeby było wszystko jasne;), gdziekolwiek bym nie poszła, wszędzie otaczają mnie tłumy ludzi, to czas spędzony z moimi najbliższymi rekompensuje mi te wszystkie niedogodności.

Ładuję baterie, nabieram mocy i walczę ze smutkiem, który ogarnia mnie na samą myśl o zmianach, które czekają nas w lutym. Jeszcze niedawno byłam taka odważna i pełna zapału, dziś słysząc głos mojego malucha nawołującego "Maamaa, maamaa", gdy tylko znikam na chwilę z jego pola widzenia, tracę rezon i chce mi się płakać. Wiem jednak, że będzie dobrze, musi być. Nie ma innego wyjścia. Bo w nas, matkach tkwią nieprzebrane pokłady siły, która wyzwala się w najmniej spodziewanych momentach. Liczę, że moja mnie nie zawiedzie o poranku 2 lutego. 

Z pozdrowieniami spod samiuśkich Tater,
A

PS Kolejny wpis pojawi się w przyszły wtorek. W międzyczasie zapraszam do śledzenia moich losów na Facebooku (KLIK) oraz Instagramie (nazwa użytkownika: matkapracujaca), bo na razie tylko tam toczy się moje wirtualne życie ;)




Przepyszna sałatka bałkańska

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska

Witajcie! Wielkimi krokami zbliża się kolejny karnawałowy weekend, zatem dziś chciałabym zaprezentować Wam przepis na przepyszną sałatkę, która jest hitem każdej urządzanej przez nas imprezy. Sałatka ta jest uwielbiana przez dorosłych i dzieci, i gwarantuję Wam, że lepszej w życiu nie jedliście;)


SKŁADNIKI

Poniżej podaję przybliżone proporcje składników, z których otrzymamy 1 średniej wielkości miskę sałatki.

  • 1 szkl. ugotowanej piersi z kurczaka
  • 1 szkl. szynki 
  • 1 szkl. żółtego sera np. goudy
  • 1 szkl. pomidorów pokrojonych w kostkę
  • 1 pęczek natki pietruszki


SOS

  • 1 szkl. jogurtu naturalnego (ewentualnie śmietany)
  • 2 łyżki majonezu
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 czubata łyżeczka majeranku
  • sól
  • pieprz


PRZYGOTOWANIE

Przyrządzanie sałatki rozpoczynamy od wykonania sosu czosnkowo-majerankowego. 

Do szklanki z jogurtem naturalnym dodajemy majonez (możemy z niego zrezygnować, jeśli sałatkę będą jadły dzieci), przeciśnięty przez praskę czosnek oraz majeranek. Całość przyprawiamy do smaku solą i pieprzem i dokładnie mieszamy. Gotowy sos odstawiamy w chłodne miejsce "do przegryzienia" na min. 30 minut.

W międzyczasie przygotowujemy pozostałe składniki. 

Ugotowaną pierś z kurczaka, szynkę oraz żółty ser kroimy w średniej wielkości kostkę. 

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska


Pomidory sparzamy wrzątkiem i obieramy ze skórki. Przekrawamy na pół i za pomocą łyżki pozbawiamy ziaren. Kroimy w kostkę.

Natkę pietruszki pozbawiamy grubszych łodyżek i grubo siekamy. 

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska


Mięso, wędlinę, ser, pomidory oraz natkę przekładamy do miski i polewamy dressingiem.

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska

Wszystko dokładnie mieszamy, a następnie sprawdzamy, czy sałatka jest wystarczająco słona. Po ostatecznym doprawieniu odstawiamy w chłodne miejsce na min. godzinę, a najlepiej na całą noc.

Na zakończenie chciałabym życzyć Wam smacznego oraz spokojnego i rodzinnego weekendu.

Buziaki,
A

PS Czy próbowaliście już najlepszego na świecie sosu winegret?

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *