Budowa domu czy kupno mieszkania?



Kupić mieszkanie, czy wybudować dom? A może jednak coś wynająć? Przed takimi dylematami staje niemal każda młoda para, która nie miała tyle szczęścia, by odziedziczyć nieruchomość po babci czy po cioci z Ameryki. Temu samemu problemowi musieliśmy stawić czoła my ponad 10 lat temu, gdy podjęliśmy decyzję o zawarciu związku małżeńskiego.

Oboje od urodzenia mieszkaliśmy w blokach. Nigdy się nie przeprowadzaliśmy i każde z nas musiało dzielić pokój z młodszym rodzeństwem. Mieszkanie w centrum dużego miasta miało masę plusów. Bliskość szkół i sklepów, łatwość przemieszczania się, znajomi i sąsiedzi, do których można było zawsze wpaść po przysłowiową szklankę cukru lub zapasowy korek do licznika. 

Życie w blokowej komunie miało swój urok i tak naprawdę żadne z nas nie wyobrażało sobie mieszkania w domu jednorodzinnym.

No tak, ale czasu do ślubu było coraz mniej, a decyzję trzeba było podjąć. Zwłaszcza że w 2008 roku budowa domu kosztowała niemal tyle, co kupno nowego ok. 50-metrowego mieszkania. Ja mimo zamiłowania do rodzinnego blokowiska skłaniałam się jednak ku budowie domu. Mój narzeczony - upierał się przy mieszkaniu. Jego zdaniem z domem są same kłopoty i niekończąca się robota. Trzeba kosić trawę, palić w piecu, odśnieżać podjazd zimą, sprzątać liście, naprawiać przeciekający dach i inne usterki. Mieszkając w bloku mamy ten komfort, że teren wspólny, garaże i drogi dojazdowe do nieruchomości są sprzątane przez ekipy wynajęte przez wspólnotę mieszkaniową lub spółdzielnię. To samo tyczy się większych i mniejszych napraw. 

Lokatorzy nie muszą zawracać sobie głowy nawet wodą kapiącą z sufitu, gdyż koszt hydraulika i remontu zazwyczaj jest pokrywany z polisy ubezpieczeniowej zalewającego nas sąsiada lub wspólnoty.





Wszystko pięknie, ale mieszkając w kamienicy lub w bloku nie mamy żadnego wpływu na to, kto będzie naszym sąsiadem. Obowiązuje nas cisza nocna, zatem imprezowanie do rana z głośną muzyką w tle i śpiewającymi gośćmi może nie przejść. Wręcz przeciwnie, to my możemy stać się ofiarami głośnych, kłótliwych i marudnych sąsiadów. Aranżacja przestrzeni wspólnej to kolejna rzecz, której nie będziemy mogli kształtować zgodnie z własnym gustem. Każdy remont klatki schodowej czy nasadzenia na podwórku będą odbywały się dopiero po przejściu stosownej uchwały na zebraniu wspólnoty lub spółdzielni. Co innego we własnym domu. W nim jesteśmy sobie żaglem, sterem i okrętem (rzecz jasna, jeśli nasze działania nie oddziałują na sąsiednie posesje:) To jak zagospodarujecie sobie swoją przestrzeń zależy tylko i wyłącznie od Waszej kreatywności i zasobności portfela.



Po długich negocjacjach i wizytach w bankach, zapadła decyzja o zakupie mieszkania. Nasza zdolność kredytowa pozwalała nam na kupno 52-metrowego lokum. Gdybyśmy chociaż dysponowali działką, to koszta budowy domu właściwie zrównałyby się z kosztem zakupu lokalu w bloku (pod koniec 2008 roku, czyli na początku kryzysu ekonomicznego na świecie, 1000-metrowa działka kosztowała w Łodzi ponad 200 tysięcy złotych). Wtedy miałabym większą siłę przebicia i mój mężczyzna uległby moim namowom i dziś mieszkalibyśmy w zupełnie innym miejscu...



Jeśli stoisz przed podobnym dylematem: dom czy mieszkanie:


  • Przeprowadź dokładny wywiad w swojej okolicy na temat kosztu zakupu mieszkania nowego, z drugiej ręki oraz cen remontów i materiałów budowlanych. Każda zmiana dokonana w mieszkaniu podnosi jego cenę i wartość. 

  • Przejrzyj dostępne w internecie kalkulatory budowlane. Dzięki nim będziesz w stanie oszacować ile gotówki pochłonie budowa domu. Na stronach pracowni projektowych często podawane są szacowane kosztu realizacji danego projektu. Budowa metodą gospodarczą jest zazwyczaj o kilkanaście % tańsza od budowy metodą standardową. Im więcej zrobicie sami, tym mniej $$ będziecie musieli zapłacić fachowcom, ale to temat na oddzielny post :).

  • Jeśli nie dysponujesz działką, niech Twoim nawykiem stanie się przeglądanie strony internetowej Twojego urzędu gminy i miasta. Wiele działek rozchodzi się za bezcen w czasie miejskich przetargów. My właśnie od gminy kupiliśmy swój kawałek ziemi. Była to już czwarta licytacja, po trzeciej miasto znacznie obniżyło cenę ziemi z braku oferentów:)

  • Popytaj znajomych ile kosztuje ich utrzymanie mieszkania i domu. W przypadku mieszkania weź pod uwagę wysokość czynszu i tego, co w sobie zawiera, opłat za prąd, gaz, wywóz śmieci, TV i internet.  Jeśli chodzi o dom dowiedz się ile wydają rocznie na ogrzewanie, podatki od nieruchomości, wodę, prąd, ścieki, wywóz śmieci, naprawy, TV i internet. Tak naprawdę to wysokość kosztów użytkowania powinna przesądzać o tym, co wybierzemy. Dom stary, słabo ocieplony będzie tracił ciepło, a Ty kasę. To samo mieszkanie. Więcej zapłacisz za ogrzewanie mieszkania położonego na peryferiach budynku (na jego parterze, poddaszu lub szczycie). 

  • Zastanów się co będzie miało dla Ciebie większe znaczenie: bliskość instytucji, sklepów i miejsc pracy w mieście, czy cisza, spokój, kontakt z przyrodą poza nim. 

  • Jeśli nie dysponujesz gotówką, sprawdź swoją zdolność kredytową. Może się okazać, że stać Cię tylko na zakup małej kawalerki w kamienicy ogrzewanej piecem węglowym, co ma też swój urok:)
Ponad dwa lata temu, gdy ceny materiałów budowlanych były na przyzwoitym poziomie, w końcu namówiłam męża na budowę domu. Nic wielkiego, 125 metrów, dużo otwartej przestrzeni, 3 sypialnie i gabinet. Już dawno powinniśmy w nim mieszkać, ale... o tym w kolejnych postach:)

Ania

Spodobał Ci się ten post? Podziel się nim!

Powrót do blogowania? Czemu nie?!



Cześć, to ja. Anka, czyli Matka (wciąż za dużo) Pracująca. Z pewną taką nieśmiałością odzywam się do Was pierwszy raz po trwającej co najmniej trzy tysiące lat świetlnych przerwie. Gdzieś pomiędzy doglądaniem budowy domu, zmianą pracy, operacją uszu Artura i codziennym ćwiczeniem na skrzypcach z Kubą postanowiłam upchnąć blogowanie.

Mojego powrotu nie poprzedziło gruntowne badanie rynku, pisanie postów z miesięcznym wyprzedzeniem czy przygotowanie strategii biznesowej na najbliższe 4 lata. Wręcz przeciwnie. Wróciłam dziś do domu z kolejnej przedegzaminacyjnej jazdy "Elką" i stwierdziłam, że... brakuje mi pisania i dzielenia się z Wami obrazami z naszego życia.

Wiele się zmieniło od ostatniego wpisu. Właściwie nikt i nic nie jest takie jak kiedyś. Kuba chodzi już do 2 klasy szkoły muzycznej, Artur jest przedszkolakiem "całą gębą", mężowi ubyło włosów, a przybyło brzucha, a mnie kilogramów i zmarszczek pod oczami. Wkrótce przeprowadzamy się do naszego wymarzonego domu, a ja od kwietnia rozpoczynam pracę w nowej firmie. Non progredi est regredi, czyli nie idąc do przodu, cofamy się. Mimo życiowego pędu, ja niniejszym robię krok w tył i wchodzę znów do rzeki zwanej "Blogiem Matki Pracującej".

Zaglądacie tu w ogóle? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach pod postem. Jeśli jesteście zupełnie nowymi czytelnikami lub macie swoje własne miejsce w sieci, dorzućcie również link do Waszego bloga lub strony WWW. Z chęcią poczytam o tym, kim jesteście i co u Was słychać.

Pozdrawiam Was serdecznie i do kolejnego wpisu!

Ania

Spodobał Ci się ten post? Podziel się nim!




Życie w ciągłym pędzie

Dawno mnie tu nie było. Życie realne, codzienne, szybkie i wypełnione po sam brzeg pochłonęło mnie do reszty. Powrót do pracy na pełen etat przebiegł prawie bezproblemowo. Artur szybko przyzwyczaił się do mojej wielogodzinnej nieobecności, podczas której stery naszej domowej łajby przejmowały babcie, a ja oswoiłam z myślą, że nasz dotychczasowy plan dnia i styl życia odchodzi w zapomnienie. I właśnie tego naszego piżamowego, pachnącego poranną kawą i kaszką lajfstajlu najbardziej jest mi brak i żal, gdy każdego dnia o 7 rano opuszczam nasz dom.


Od powrotu do pracy nasze życie nabrało zawrotnego tempa. Dzień mija za dniem zupełnie niepostrzeżenie. Czasami zastanawiam się co zrobić, by choć odrobinę przyhamować. Częściowo udaje nam się to w weekendy, na które nie planujemy żadnych zajęć dodatkowych, nie szalejemy w centrach handlowych, nie gotujemy obiadów z 10 dań, odkładamy na bok telefony i laptopy, i jesteśmy tylko dla siebie. Na przysłowiowe wyciągnięcie ręki... 

Niektórzy z Was zapewne zapytają: "A gdzie czas dla Ciebie"? Odpowiem szczerze i bez zbędnego owijania w bawełnę: mało go. Jego resztki, które trafiają mi się od czasu do czasu oddaję dzieciom. I wcale tego nie żałuję, bo moi chłopcy nigdy nie będą młodsi niż teraz. Nigdy nie będą mnie bardziej potrzebować, czy chcieć spędzać wolne chwile tylko ze mną niż obecnie. I czy mogłabym odrzucić propozycję zabawy autkami wyrażaną przez małego berbecia ciągnącego mnie za rękę do swojego pokoju mówiącego "mama oć"? Czy przetrawiłabym zawód wypisany na twarzy mojego sześciolatka, gdybym odmówiła gry w "jeżyki" tylko po to, by móc pochwalić się, że udało mi się wygospodarować pół godziny na np. na szydełkowanie? NIGDY W ŻYCIU! Chcę by moje dzieci, gdy będą już dorosłe, powiedziały z całkowitym przekonaniem, że ich mama zawsze miała dla nich czas. I chociaż miałabym okupić to górą prania w łazience i drugą taką rzeczy do prasowania, potrzeby i oczekiwania moich synków są najwyższym priorytetem, których zaspokajanie jest moją główną siłą napędową i motywacją do walki z trudami dnia codziennego. 

Na ten nadchodzący rok 2016 życzę Wam i Waszym Rodzinom przede wszystkim spokoju i zdrowia. Są to jedyne rzeczy, za które nie jesteśmy w stanie zapłacić czy ich sobie "załatwić". Całą resztę możemy mieć, jeśli tylko chcemy...

Ania

Jak to wszystko ogarnąć?

Wiele mam wracających do pracy po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym narzeka na permanentny brak czasu, natłok obowiązków i ogólną życiową dezorganizację. Niektóre z nich po miesiącu czy dwóch z bezsilności składa broń i z dnia na dzień odchodzi z pracy lub wraca na bezpłatny urlop wychowawczy. Ja do nich nie należę i za chwilę napiszę Wam dlaczego. 


Na początek zarys naszej sytuacji życiowej. Zacznę od tego, że będąc mamą dwójki dzieci, już dwukrotnie wróciłam do pracy po "odchowaniu" moich maluchów. Po urodzeniu Kubusia - po równo roku, po narodzinach Artusia - po 18 miesiącach. Czy zrobiłam to za wcześnie czy za późno - to pozostawiam bez komentarza. Dodam tylko, że mój starszy syn nie ma żadnych lęków, nie moczy się w nocy i ma ze mną świetny kontakt. Dla mnie znaczy to mniej więcej tyle, że raczej nie doznał uszczerbku na psychice przez to, że spędziłam z nim jedynie 12 miesięcy, a nie 3 czy 4 lata.

PLAN DNIA - SZAŁ CIAŁ OD SAMEGO RANA

Codziennie wstaję o godzinie 5:30, a wynika to z faktu, iż od mojego miejsca pracy dzieli mnie mniej więcej 50 km, które pokonuję w około 50-60 minut. Przed wyjściem do pracy szykuję sobie i dzieciom ubrania (często dopiero wtedy je prasuję), przygotowuję śniadanie, czasem nawet myję podłogę. Czyż czysta podłoga nie daje od razu wrażenia porządku w domu? Moim zdaniem tak, więc mopowanie 50m2 opanowałam do perfekcji pod względem czasowym (robię to w max. 10 minut) i jakościowym. 

Z domu wychodzę ok. godziny 7:00. Ponieważ pracuję w korporacji, przerwa na lunch wydłuża moje godziny pracy o dodatkowe 30 minut. Do tego kolejnych 60 na powrót i jestem ponownie w domu o 17:30. 

HONEY, I'M HOME!

Wracając robię niewielkie, codzienne zakupy w osiedlowym sklepiku - głównie chleb, mleko i żółty ser. W pozostałe produkty spożywcze zaopatruję się raz w tygodniu - w sobotę. Tworzę wtedy mega długą listę zakupów, którą przekazuję mężowi do realizacji. Tym sposobem eliminuję potrzebę biegania po marketach w środku tygodnia, a odpowiednie przechowywanie jedzenia gwarantuje, że nawet wędlina wytrzymuje tydzień czasu w niezmienionej formie.

No dobrze, jest 17:30 i co dalej? Od tej pory zajmuję się tylko i wyłącznie dziećmi. Bawimy się, czytamy, przytulamy, opowiadamy o tym, co ciekawego przyniósł nam dzień, po prostu jesteśmy razem. Czasami idziemy w odwiedziny do przyjaciół lub rodziny. Zdarza nam się wyskoczyć do sali zabaw lub na pizzę. Gdy dni będą dłuższe, będziemy chodzić całą naszą czwórką na długie wiosenne spacery, robić wycieczki rowerowe i spędzać maksymalną ilość czasu poza domem. Teraz jednak, gdy wcześnie robi się ciemno, obaj moi chłopcy ok. 20:00 leżą już grzecznie w swoich łóżeczkach (co nie oznacza, że od razu zasypiają, bo to następuje po około godzinie spędzonej na wspólnym czytaniu bajek i rozdawaniu buziaków). 

Od 21:00 zaczyna się tzw. "czas dla siebie", który spędzam na:

  • sprzątaniu całodziennego bałaganu 
  • włączeniu przynajmniej jednego ładunku prania (staram się prać codziennie, przez co nie miewam gór prania w łazience).
  • zrobieniu kolacji dla siebie i męża, i rozmowach o tym, jak nam minął dzień
  • załadowaniu zmywarki
  • poskładaniu już wysuszonych ubrań (swoje ciuchy prasuję przed założeniem, dziecięce ubrania i koszule męża uwielbia prasować moja mama, więc często korzystam z jej weekendowej pomocy)
  • gotowaniu obiadu na następny dzień lub przygotowaniu składników, które wykorzysta babcia Artusia. Dodam tylko, że jej zadaniem jest tylko i wyłącznie opieka nad maluchem i jego karmienie. Prace domowe to domena moja i mego Szanownego.
  • spaniu / czytaniu / oglądaniu TV / czasem na pisaniu bloga :D

Efektem powyższych działań jest to, że o 23:00 zasypiam w domu, w którym nie panuje chaos, dzieci są odpowiednio zadbane, a w lodówce i w garnkach zawsze mam świeże jedzenie. To wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ogromne wsparcie mojego męża, który zaprowadza i przyprowadza z przedszkola naszego starszego synka, wyprowadza i karmi psa, jest odpowiedzialny za utrzymanie porządku w łazience, odkurzanie podłogi, mycie okien, comiesięczne opłacanie rachunków oraz za wspomniane sobotnie zakupy. Czy to dużo czy mało pozostawiam Waszej ocenie. Grunt, że u nas taki układ sprawdza się w 100%:)

A jak Wy to wszystko ogarniacie?

Miłego weekendu,

Matka Robokop :)

Pędząc do przodu...



Nie lubię zmian, zwłaszcza tak radykalnych, ale czas nie stoi w miejscu i zmusza nas do ścigania się z nim nawet wbrew naszej woli. Stało się. Równo dwa tygodnie temu porzuciłam domowe pielesze i po dwóch cudownych i przede wszystkim spokojnych latach wróciłam do pracy.

ROZSTANIE

Rozstanie z Arturem, z którym dotychczas spędzałam niemal 24h/dobę, obyło się bez łez i rwania włosów. Było buzi i papa na do widzenia i cierpliwe odliczanie długich godzin dzielących mnie od powrotu do domu. A w pracy? Sporo osób było zaskoczonych na mój widok, sądząc, że wpadłam jedynie na kilka minut w odwiedziny. W moim dziale pojawiły się nowe twarze, które początkowo podchodziły do mnie z dużą rezerwą, czym wprawiały mnie w niemałą konsternację. No ale cóż, klamka zapadła, mleko się wylało, odwrotu nie ma. Rzucenie papierami jest ostatnią rzeczą, na którą mogłabym sobie pozwolić mając dwoje dzieci i kredyt we frankach do spłacenia. 

Sytuacja uległa znacznej poprawie po mniej więcej tygodniu. Gorzej z moimi siłami witalnymi, które na co dzień odchodzą w siną dal około godziny 20:00, gdy kładę moich chłopców spać. Wtedy muszę dokonać wyboru: kolejna kawa albo sen. I właśnie ten drugi ostatnio wygrywa większość wieczornych bitew, skutecznie odciągając mnie od bloga i tym podobnych uciech. 

LEPSZE ŻYCIE? INNE ŻYCIE!

Byłam na siebie zła, że w całym mym dniu, tak mało czasu pozostało dla mnie samej. Bo blog był i jest moją największą odskocznią od codzienności, która potrafi dać mi nieźle w kość. Z drugiej strony, czytając o tych wszystkich aferach blogorokowych i ogólnemu wyścigowi blogowych szczurów, do których chcąc nie chcąc większość z nas, blogerów się porównuje (wypadając najczęściej bardzo blado), moja chęć i przede wszystkim wena odeszły w siną dal. Zachęcona przez kilka moich Czytelniczek, postanowiłam strzelić sobie dziś mocne espresso i dać znak życia :) Bo żyję. Czy lepiej niż jeszcze dwa tygodnie temu? Dziś jest mi wciąż ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Jest na pewno inaczej, ale i do tej inności zaczynamy się wszyscy przyzwyczajać, a nowy rozkład dnia staje się tym obowiązującym przez następne lata, a może nawet dekady...

NIE IDĄC DO PRZODU, COFAMY SIĘ

Zmiany, choć budzą w nas uzasadniony lęk, są potrzebne. I nam, dorosłym, a także, wbrew pozorom, naszym dzieciom. Dzięki zmianom nasze maluchy dorastają i ćwiczą tak ważną w dzisiejszych czasach umiejętność adaptacji do zmieniających się warunków i sytuacji. Ja po dwóch latach życia w domowym kokonie powiedziałam pass. Stwierdziłam, że czas wyjść z domu i stawić czoła rzeczywistości. Niektóre moje koleżanki przedłużają sobie tę domową sielankę zachodząc w kolejną ciążę, ale summa summarum nie jest to rozwiązanie długoterminowe, gdyż kiedyś w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie: "Co dalej?".  Ja już znam na nie odpowiedź, dlatego mimo wypitego espresso położę się wcześniej spać, by jutro rano wstać prawą nogą, gdy zegar wybije 05:30. 

Z pozdrowieniami,

Matka Pracująca, co to żadnej pracy się nie boi;) 


Ładuję baterie...


Miał być styczeń, w końcu okazało się, że jednak luty. A dokładnie 2 luty 2015 roku. Tego dnia moje dotychczasowe życie przejdzie do przeszłości. Wracam do pracy. Klamka zapadła. Już nie ma odwrotu...

Jednak zanim wyskoczę z ulubionego dresu, dopóki nie muszę wstawać o 5 rano, korzystam z każdego dnia, który dzieli mnie od godziny X. A te ostatnie chwile urlopu wychowawczego przyszło mi spędzić w jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi: w Zakopanem. I chociaż śniegu jest tyle, co kot napłakał (zdjęcie jest zeszłoroczne, żeby było wszystko jasne;), gdziekolwiek bym nie poszła, wszędzie otaczają mnie tłumy ludzi, to czas spędzony z moimi najbliższymi rekompensuje mi te wszystkie niedogodności.

Ładuję baterie, nabieram mocy i walczę ze smutkiem, który ogarnia mnie na samą myśl o zmianach, które czekają nas w lutym. Jeszcze niedawno byłam taka odważna i pełna zapału, dziś słysząc głos mojego malucha nawołującego "Maamaa, maamaa", gdy tylko znikam na chwilę z jego pola widzenia, tracę rezon i chce mi się płakać. Wiem jednak, że będzie dobrze, musi być. Nie ma innego wyjścia. Bo w nas, matkach tkwią nieprzebrane pokłady siły, która wyzwala się w najmniej spodziewanych momentach. Liczę, że moja mnie nie zawiedzie o poranku 2 lutego. 

Z pozdrowieniami spod samiuśkich Tater,
A

PS Kolejny wpis pojawi się w przyszły wtorek. W międzyczasie zapraszam do śledzenia moich losów na Facebooku (KLIK) oraz Instagramie (nazwa użytkownika: matkapracujaca), bo na razie tylko tam toczy się moje wirtualne życie ;)




Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *