Potrawa z historią w tle - szarlotka żony weekendowej

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy Łódź i okoliczne miasteczka włóknem stały, żyła sobie pewna dziewczyna. Miała na imię Marianna, ale wszyscy nazywali ją Marysią. 


Marysia, dziewczyna lat dwudziestu kilku, tak jak wiele ówczesnych kobiet, pracowała w fabryce jako tkaczka. Pewnego dnia, na jej drodze stanął Jan, brat jej koleżanki ze szkolnej ławy - Jadwigi. 

Janek zakochał się w Marysi od pierwszego wejrzenia. Codziennie wyczekiwał na nią pod bramą fabryki z bukietem stokrotek i zabierał na romantyczne randki do pobliskiej kawiarni. 

Po dwóch latach znajomości, postanowił się oświadczyć. Marysia nie miała wątpliwości, że jej luby jest idealnym kandydatem na męża. Żaden inny mężczyzna nie traktował jej w taki sposób, że zapominała, że jest zwykłą tkaczką. 

Niestety, na drodze do szczęścia kochanków stanęła matka Janka. Była ona istotą apodyktyczną i bardzo zazdrosną o swego syna, którym nie chciała się dzielić z żadną inną kobietą. Była tak zaślepiona swą miłością, że postanowiła zrobić wszystko, by małżeństwo nie zostało zawarte. Na szczęście, wszystkie jej próby rozłączenia zakochanych spełzły na niczym i w mroźną sylwestrową sobotę Marysia poślubiła Jana. 

Nic nie zapowiadało, że szczęście młodych małżonków potrwa tak krótko. Pod koniec wesela, gdy goście szykowali się do wyjścia, mama Janka nagle upadła na podłogę. Chłopak pospiesznie pobiegł jej na ratunek. Po kilku chwilach kobieta odzyskała przytomność, lecz za chwilę straciła ją ponownie. Minęło kilka bardzo długich minut, po których ocknęła się na dobre i słabym głosem poprosiła syna by odwiózł ją do domu. Ten, zapominając o swej świeżo poślubionej żonie, wezwał taksówkę i pojechał razem z matką do rodzinnego miasteczka (nota bene oddalonego o 30 km od domu Marii). Jej samej zrobiło się bardzo przykro, że małżonek zostawił ją samą w noc poślubną, ale nie przejmowała się tym za bardzo. Czymże była jedna noc w porównaniu z całym życiem, które mieli spędzić razem.  

Niestety następnego dnia Janek nie wrócił - tłumaczył to koniecznością opieki nad matką, która, jak się pewnie domyśleliście, udawała chorobę by zatrzymać lojalnego syna przy sobie. Po tygodniu nieobecności, Jan w końcu zapukał do drzwi swej żony. Marysia, jak gdyby nigdy nic, zaprosiła go do środka, zabrała jego płaszcz i zaprosiła na obiad, po którym podała ulubione ciasto Janka - szarlotkę. 

Tak mijały lata i nic się nie zmieniło. Małżonkowie stopniowo przyzwyczaili się do takiego "weekendowego" życia, a nawet doczekali dwójki dzieci. Janek opiekował się "chorą matką" w dni powszednie, a w sobotę pędził do swej młodej "weekendowej" żony. Ta, natomiast, dbała o to, by w czasie jego wizyt na stole nigdy nie zabrakło jabłecznika...

Dziwne i pokręcone są koleje ludzkiego losu i relacje międzyludzkie. Patrząc wstecz i rozmyślając nad przedstawioną historią zastanawiam się, co bardziej motywowało mego ojca do tych wieloletnich, cotygodniowych przyjazdów - moja matka, czy właśnie to ciasto...


A oto przepis:

SKŁADNIKI

Ciasto:

40 dag mąki pszennej tortowej lub zwykłej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
20 dag zimnego pokrojonego w kostkę masła lub margaryny (osobiście wolę masło, ponieważ niesamowicie podkręca smak ciasta)
1 duże jajko lub 2 małe
3/4 szklanki cukru pudru lub drobnego cukru 
1,5 łyżki kwaśnej śmietany
otarta skórka z 1 cytryny lub 1 łyżeczka aromatu cytrynowego 
szczypta soli
masło lub margaryna do wysmarowania formy

Nadzienie:

1,5 kg kwaśnych jabłek (renety, antonówki) lub słoik 900 g gotowych prażonych jabłek
4 łyżki cukru (jeśli korzystamy z jabłek świeżych)
2 łyżeczki cynamonu lub przyprawy do szarlotki
4 łyżki rodzynek

PRZYGOTOWANIE


Ze wszystkich podanych składników zagniatam ciasto. By skrócić czas i ilość rozsypanej na blacie mąki, wrzucam wszystkie składniki do malaksera i miksuję przez około minutę.



Po tym czasie, powinno mieć konsystencję kruszonki, którą zlepiam w kulę, zawijam w folię spożywczą i wkładam na ok. 20 minut do zamrażarki.


Blachę (22 cm x 30 cm) smaruję masłem lub wykładam papierem do pieczenia. W międzyczasie nagrzewam piekarnik do 190 stopni - grzanie góra dół. Wyjęte z zamrażarki ciasto dzielę na dwie części - większą na spód i mniejszą, z której powstanie wierzch ciasta. Większy kawałek delikatnie rozwałkowuję starając się za bardzo nie nagrzewać ciasta dłońmi i wykładam nim dno i boki blaszki. By spód nie wybrzuszył się podczas pieczenia, nakłuwam go kilka razy widelcem, po czym wstawiam na 7 minut do rozgrzanego piekarnika by się podpiekł.


Teraz czas na nadzienie. Jeśli nie mam za dużo czasu lub nie dysponuję świeżymi jabłkami, korzystam z gotowych jabłek ze słoika (w tym wypadku z mieszanki jabłeczno-brzoskwiniowej). Ponieważ zazwyczaj są już posłodzone, jedyne co nam pozostaje to je odpowiednio doprawić cynamonem lub przyprawą do szarlotki, wymieszać z namoczonymi rodzynkami i wyłożyć na spodzie ciasta.


Jabłka świeże myję, obieram, kroję na ósemki lub szesnastki i układam na podpieczonym spodzie. Całość posypuję cukrem, namoczonymi rodzynkami i przyprawami. Opcjonalnie (jeśli mamy więcej czasu), jabłka możemy wstępnie uprażyć w garnku i po wystygnięciu pokryć nimi ciasto.

Drugi, mniejszy kawałek ciasta rozwałkowuję na placek, którym starannie przykrywam masę jabłeczną. Całość nakłuwam kilkakrotnie widelcem, by para z jabłek miała ujście. Z ciasta możemy również wyciąć paski i wykonać z nich dekoracyjną kratkę. 

Gotowe ciasto wkładam do nagrzanego piekarnika i piekę ok. 20 minut do czasu gdy wierzch szarlotki uzyska przyjemny rumiany kolor. 

Przestudzoną szarlotkę można oprószyć cukrem pudrem, ale nie jest to konieczne jeśli użyte do wypieku jabłka były dość słodkie.

Smacznego :) 





Anna Michalska

"Rejoyce with your family in the beautiful land of life." Albert Einstein

9 komentarzy:

  1. Nominowałyśmy Twój blog do Libster blog award. Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie jest życie.Nigdy nie wiadomo co przyniesie. Najpiękniejsze jest to , że mam dwoje wspaniałych i mądrych dzieci oraz dwójkę kochanych wnucząt.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ludzie sami tworzą swoją historię, a każdy z nas ma wolny wybór. Tylko od nas zależy jak to wszystko się potoczy i jak zaczniemy nowy dzień. Anyway, uwielbiam szarlotkę i chyba się niebawem skuszę :-) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też pozdrawiam i życzę smacznego :)

      Usuń
  4. Ależ historia :) A ciasto - mniaaaaam zrobiłaś mi smaka :) Wygląda niesamowicie :)

    Bardzo ciekawie prowadzisz bloga, życzę Ci powodzenia w dalszym jego doskonaleniu.
    Nominowałam Cię do Liebster Blog Award. Po więcej szczegółów zapraszam do mnie: http://agumj.blogspot.com/
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, bardzo dziękuję za nominację. Wkrótce powstanie zbiorczy post z moimi odpowiedziami. Pozdrawiam!

      Usuń
  5. co za historia... zabrakło mi słów.

    za to nagrodę mam :P ty się od nagród nie opędzisz :D

    nominowałam Cię do versatile blogger award :)

    http://mojelatatrzydzieste.blogspot.com/2014/01/nominacja-do-versatile-blogger-award.html

    OdpowiedzUsuń
  6. świetna historia! Ostatnie szukałam zaufanego i prostego przepisu na szarlotkę - wypróbuję Twój, tylko przerobie na wersję bez glutenu:)

    OdpowiedzUsuń