Ile żab trzeba pocałować, by w końcu spotkać księcia z bajki...

someecards.com - You have to kiss a lot of frogs before you find your prince....or in my case frogs, lizards, snakes, chameleons...

Piątek, piąteczek, piątunio! Jak Wam mija ostatni dzień lutego? Jeszcze tylko kilka dni i będzie WIOSNA! Ponieważ w piątki celebrujemy z mężem naszą cotygodniową randkę małżeńską (dziś w domowym zaciszu), naszło mnie na przemyślenia dotyczące związków damsko-męskich.

Przyznam szczerze, że gdy byłam nastolatką, przepełniał mnie wielki lęk, że zostanę starą panną. Wywoływały go we mnie moje kochane kuzynki, które od szkoły podstawowej prowadzały się za rączki z co rusz nowymi chłopakami i uwielbiały wytykać mi brak powodzenia u płci przeciwnej. W końcu nadszedł wymarzony i długo wyczekiwany przeze mnie dzień, kiedy to kolega z liceum zaprosił mnie na moją pierwszą w życiu, najprawdziwszą  i jedyną w swoim rodzaju randkę. Nic to, że ani chłop nie był w moim typie (bo pryszczaty był okropnie i ciągle mówił o swojej ex), ani miejsce nie kipiało romantyzmem (pobliski Mac), liczył się fakt, że w końcu zostałam zauważona i że moja wartość rynkowa wzrosła:) 

Zaczęłam studiować. To był dla mnie czas imprezowania, podróżowania i poznawania nowych ludzi. Mimo iż u mego boku stanęło kilku panów, a niektórzy z nich pozornie spełniali warunki "księcia z bajki", czar nagle pryskał i po pocałowaniu żaden nie zmienił się w mego wymarzonego księciunia. A tu wielkimi krokami zbliżał się koniec studiów. Wiele koleżanek z roku było już albo zaręczonych, albo już zamężnych. Do tego mnóstwo "uprzejmych" osób ciągle mi powtarzało, że jeśli nie znajdę sobie męża przed zrobieniem magisterki, to po obronie już w ogóle nie mam na to szans. Łatwo mówić. Dawno minęły czasy małżeństw zawieranych z rozsądku. Pieśnią przeszłości była sama konieczność brania ślubu. Dziś najważniejsze są uczucia i wzajemne dopasowanie (z obrączką na palcu lub bez), a jak tu mówić o damsko-męskiej harmonii, kiedy wokół mnie słyszalny był jeden wielki rechot, a nie rżenie rumaka mojego księcia?

"Każda potwora znajdzie swego amatora" zwykła mawiać moja ukochana babcia. Miała rację. Gdy już zupełnie odpuściłam i zajęłam się robieniem tzw. kariery i na złość wszystkim "uprzejmym" mówiłam, że zostanę starą panną z wyboru, na mojej drodze stanął ten wymarzony. Przyjechał po mnie autobusem, a nie na białym koniu, zabrał na spacer do parku, a nie na bal do pałacu i mówił o dzieciach i rodzinie, a nie o tym kim ON chciałby być lub co ON chciałby mieć. 

Suma summarum, zanim trafiłam na mojego królewicza, musiałam pocałować 5 dorodnych żab. Niczego jednak nie żałuję, bo nauczyły mnie doceniać to, co mam teraz. A jak z tym było u Was? Ilu ropuchom dałyście całusa, by w końcu trafić na tego jedynego?

Kolejne nominacje do Liebster Blog Award




Tadaaaam, minął miesiąc i mam kolejne dwie nominacje do Liebster Blog Award! Dwie wspaniałe Mamy prowadzące blogi achtamama.blogspot.it i swiatsikuni.blogspot.com, zadały mi 11 pytań, na które udzieliłam odpowiedzi w dalszej części posta.

Dla osób, które nie wiedzą o co chodzi w LBA, przypominam zasady nominacji:

,,Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

A oto i moje odpowiedzi zadane przez autorkę bloga http://achtamama.blogspot.it:

1. Co blogowanie zmieniło w twoim życiu? Mam więcej koleżanek i mniej czasu na bezsensowne oglądanie TV.
2. O czym najchętniej piszesz? O rzeczach bliskich matce, żonie i kobiecie.
3. O czym najchętniej czytasz? O tym, jak żyją inne polskie mamy oraz o gotowaniu.
4. Bez czego nie mogłabyś się obejść? Bez rodziny i kawy.
5. Trzy słowa, które charakteryzują ciebie jako mamę. Cierpliwa, szalona i odrobinę nadopiekuńcza.
6. Co chciałabyś usłyszeć od Twojego dziecka w dniu jego 18 urodzin? You did a good job, mum;)
7. Jaki masz sposób na doła? Zakupy i kawa.
8. Co motywuje cię do działania? Przeszkody.
9. Z czego jesteś dumna? Z mojej rodziny, że jakoś dajemy radę.
10. Wydarzenie, o którym nigdy nie zapomnisz. Narodziny moich synów i nasz ślub.
11. Czego sobie życzysz (szczerze, bez fałszywej skromności)? Zdrowia, resztę załatwię sobie sama.

Pytania zadane przez Monikę z bloga http://swiatsikuni.blogspot.com:

1. Powód dla którego rozpoczęłaś pisanie bloga? Potrzeba samorealizacji.
2.Moje dzieci dla mnie są.... Wszechświatem.
3.Gdy nie myślisz o dzieciach i rodzinie, myślisz o.... Moim blogu.
4. Kapelusz czy czapka? Czapka.
5. Wieczór z książką czy z filmem? Książką.
6. Na plażę boso czy w klapkach? W klapkach.
7. Woda czy ognień? Woda.
8. Umówiona przychodzisz: za pięć 12.00 czy pięć po 12.00? Niestety częściej pięć po.
9. Jak impreza to do 24.00 czy do białego rana? Do 24, dłużej nie daję rady.
10.Gdybyś była owadem, to chciałabyś być.... Biedronką.
11.Jakim jednym słowem opisałabyś swój blog? Lifestylowy.

Oto nominowane przeze mnie blogi, do odwiedzenia których serdecznie zapraszam:

http://madziazwaw1.blogspot.com/

http://fulltimemummy.blogspot.com/

http://misiaikot.blogspot.com/

http://megi8.blogspot.com/

http://matkadogorynogami.wordpress.com/

http://nieidealna-matka.blogspot.com/

http://www.zakochana-zdrowa-mama.blogspot.com/

http://polkamatkaa.blogspot.com/

http://omamamuminkao.blogspot.com/

http://www.momentswithfamily.com/

http://mniamniamblog.wordpress.com/

I moje pytania do autorek nominowanych blogów:

1. Blogi o jakiej tematyce najchętniej czytasz?
2. Jakie są Twoje sposoby na popularyzowanie Twojego bloga?
3. Kawa czy herbata?
4. Potrawa, którą najbardziej lubisz gotować.
5. Jaką książkę ostatnio przeczytałaś?
6. U innych drażni mnie…
7. Co powiedziałabyś nastoletniej sobie, gdybyś mogła cofnąć się w czasie?
8. Jak radzisz sobie ze stresem?
9. Kosmetyk, który zabrałabyś na bezludną wyspę to...
10. Kraj, który chciałabyś odwiedzić to...
11. Skąd czerpiesz pomysły na tematy postów?

Jeszcze raz dziękuję za nominacje i serdecznie pozdrawiam!

Suknie, które założyłabym na wręczenie Oscarów.

86 ceremonia wręczenia Oscarów już w najbliższą niedzielę. Największe gwiazdy Hollywood zapewne leżą właśnie na stołach swych chirurgów plastycznych, którzy mozolnie rozprasowują najmniejsze zmarszczki na ich filmowych licach, ekipy sprzątające setny raz odkurzają, już podobno rozwinięty, czerwony dywan, a krawcy dokonują ostatnich poprawek w Oscarowych kreacjach. I to właśnie o Oscarowych sukniach będzie dzisiejszy post.

Nigdy nie chciałam być aktorką, chociaż w czasach studenckich udzielałam się w koleżeńskim kabarecie, a nawet raz zaproszono mnie na zdjęcia próbne do roli statysty :) Lubię jednak chodzić do kina i z chęcią śledzę wszelkie wydarzenia związane z kinematografią. Czasami wyobrażam sobie jakby to było zostać hollywoodzką gwiazdą filmową i co założyłabym na wielką galę wręczenia tak bardzo pożądanych przez wszystkich aktorów statuetek. Przejrzałam kilkanaście kolekcji Haute Couture z poprzednich lat i tych najnowszych i oto, co znalazłam:






























PS Ciekawe czy trafiłam w gust którejś z aktorek, które pojawią się w niedzielę na Gali Oscarowej;)

Źródło: http://www.fashiondivadesign.com/ http://allforfashiondesign.com/ http://bestdress.com.ua/
http://www.modelsblog.info/ http://www.vogue.fr/

Oszczędne wtorki - jak zaoszczędzić na zakupie mięsa

Dzisiejszym postem chciałabym zapoczątkować co-drugo-wtorkową serię porad o tym, jak żyć dobrze nie przepłacając. Nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę wydawać więcej niż coś jest warte. Poza tym, cały czas zbieram na budowę "wymarzonego domu", a za kilka miesięcy rozpocznę półroczny urlop wychowawczy, więc będziemy żyć tylko z jednej pensji. By jakoś przetrwać "chude czasy", wdrożyłam w moim gospodarstwie domowym dość ambitny plan oszczędnościowy. 

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi poradami dotyczącymi zakupu mięsa. Jak zapewne wiecie,  jest ono jednym z najdroższych produktów spożywczych, który skutecznie rujnuje nasze domowe budżety. Jednak co począć, jeśli Wasz luby nie wyobraża sobie niedzielnego obiadu bez solidnego schabowego lub rozpływających się w ustach zrazów wołowych, a Wasze dzieci błagają o domowej roboty spaghetti? Jest na to rada, a właściwie kilkanaście, które zgromadziłam po konsultacjach z kilkoma oszczędnymi koleżankami. Mam nadzieję, że zainspirują Was do własnych poszukiwań sposobów na to, by żyć dobrze za mniej.

Przynajmniej raz na dwa tygodnie sprawdzaj notowania rynku mięsa (np. tu), byś mogła w przybliżeniu ocenić, w którym sklepie przepłacasz, a w którym nie.  

Porównuj ceny w przynajmniej 2 sklepach mięsnych. Różnice cenowe mogą być naprawdę spore.

Dogadaj się z koleżankami i wzajemnie dawajcie sobie cynk, gdy traficie na promocje.

Nie kupuj mięsa w marketach -  jest wątpliwej świeżości, często sprzedawane na trujących tackach, a pod pozorem promocji kryje się marnej jakości produkt, którego nigdy byś nie kupiła w normalnym sklepie mięsnym nawet za złotówkę. 

Zamiast piersi, które są dużo droższe (bo w cenę wliczona jest usługa rozbioru i zdjęcia skóry), kup całego kurczaka i podziel go na części, które możesz zamrozić i wykorzystać do innych dań.
W potrawkach z kurczaka (np. curry lub nuggetsy), użyj mięsa z udek zamiast z piersi. Jest bardziej soczyste, a przede wszystkim tańsze.
Jeśli trafisz na dużą promocję w wybranym sklepie, kup większą ilość mięsa, podziel na jednorazowe porcje i zamroź. W każdej chwili będziesz mogła wyczarować z niego jakieś pyszne danie, a przede wszystkim zaoszczędzisz na dojeździe do sklepu.
Nie kupuj gotowego, paczkowanego mięsa mielonego, bo nigdy nie wiesz, które części ciała świnki czy krówki zostały zmielone. Po co płacić za mięso zawierające ochłapy i tłuszcz, skoro możesz samodzielnie zmielić wybrane kawałki wieprzowiny lub wołowiny w domu? Inną opcją jest poproszenie rzeźnika o zmielenie zakupionych kawałków w sklepie. Nie spotkałam się z tym, by została pobrana opłata za ten serwis:)
Postaw na tańsze gatunki mięsa. Mimo rosnącej popularności, wołowina jest wciąż najdroższym gatunkiem mięsa. Nie wyobrażasz sobie zrazów bez wołowiny? Spróbuj zastąpić ją schabem lub karkówką, a efekt może Cię bardzo zaskoczyć. 
Jeśli masz znajomego rolnika lub rodzinę na wsi, możesz pokusić się na zakup "połowy świniaka" i poprosić o jego rozebranie lub zrobić to samodzielnie w domu. Moja mama w czasach PRLu kupowała całą tuszę na spółkę z sąsiadką i w moim domu nigdy nie brakowało tego produktu spożywczego.
Planuj posiłki z głową i gotuj tyle, ile faktycznie zje Twoja rodzina. Marnotrawstwo jedzenia to marnotrawstwo pieniędzy.
Jeśli gotujesz spaghetti bolognese lub inną potrawę mięsną np. gulasz, zmniejsz o połowę porcję dodawanego mięsa i zastąp je pomidorami, ziemniakami, papryką, fasolą itp. Gwarantuję Ci, że nikt nie zauważy różnicy. Innym sposobem jest cieńsze rozbijanie kotletów i grubsza panierka :D. Jestem pewna, że Twój facet pochłonie takiego schabowego bez mrugnięcia okiem.
Dokładnie zliczaj ile wędliny spożywacie. U nas zjadamy ok. 30 plasterków tygodniowo i dokładnie tyle kupuję raz na tydzień w mięsnym. Oszczędzam również na paliwie, bo kupuję wszystkie produkty mięsne za jednym zamachem, a następnie dbam o to, by nie straciły świeżości w lodówce przez ich odpowiednie zapakowanie.
Raz w tygodniu lub częściej (np. tradycyjnie w piątek), przygotuj potrawy bezmięsne. 

Przerzuć się na wegetarianizm lub weganizm:)

Jeśli macie swoje sposoby na to, by zaoszczędzić na zakupie mięsa, zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach.


Nowości na naszej półce: "2-latek rysuje. Zwierzątka" oraz "2-latek rysuje. Co to jest?" wydawnictwa MUZA SA.

W czasach mojego dzieciństwa, rządne nabywania wiedzy i nowych umiejętności dzieci miały do dyspozycji pisemko "Miś" i drukowane na przaśnym papierze malowanki. Dzieci 21-go wieku mogą przebierać w setkach wspierających ich rozwój książeczek. Ostatnio nasza biblioteczka powiększyła się o  dwie nowe pozycje -  przygotowane przez Wydawnictwo MUZA SA.


"2-latek rysuje. Zwierzątka" oraz " 2-latek rysuje. Co to jest?" stanowią część serii książeczek edukacyjnych pt.: "Wesołe bazgrołki z naklejkami", których celem jest zapoznanie i oswojenie maluchów z rysowaniem, kolorowaniem oraz naklejaniem naklejek. Dzięki nim dzieci mają szansę ćwiczyć prawidłowy chwyt kredki lub ołówka oraz wykonywać ćwiczenia motoryczne, które przygotują ich małe rączki do nauki pisania. Dodatkowym atutem serii jest obecność rymowanych zagadek dotyczących pokazanych na kartach książeczek przedmiotów i zwierząt oraz naklejek, które dzieci wprost uwielbiają. 




Z moim synkiem pracowaliśmy ze wspomnianymi książeczkami w wieloraki sposób. Najpierw odczytywałam mu zagadkę, bez pokazywania obrazka. Gdy miał problem z odpowiedzią, opisywałam słownie rzecz lub zwierzę, której dotyczyła lub finalnie pozwalałam spojrzeć na rysunek. Następnym krokiem była rozmowa na temat danego obrazka, np: gdzie możemy spotkać żyrafę, albo jaki jest smak cytryny. Później zakrywaliśmy wybraną stronę kartką prześwitującego papieru i Kubuś odrysowywał (kalkował) na nim kontur przedstawionego na ilustracji przedmiotu lub zwierzątka. Tym sposobem, mój smyk trenował rysowanie linii prostych, kresek, łuków i innych kształtów bez odrywania ręki od podłoża, z czym wciąż miewa problemy.


Na koniec pozostawialiśmy sobie to, co najprzyjemniejsze, czyli kolorowanie obrazków oraz uwielbiane przez mojego synka naklejanie naklejek (i tu mamy pełną dowolność- my naklejamy je głównie na stolik oraz ozdabiamy łóżeczko młodszego brata:). 

Podsumowując, największą zaletą książeczek jest ich wszechstronność. Nie są to zwykłe malowanki, chociażby z powodu wydruku na bardzo dobrej jakości papierze, po którym maluchy mogą spokojnie malować nawet mazakami, ale wesołe i angażujące uwagę lekturki, które z pewnością umilą czas wspólnie spędzony z naszymi dziećmi. 




Wydawnictwo: MUZA SA
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 24
Grupa wiekowa: 2+

Kto w niedzielę urodzony...



Gdy byłam mała, moja babcia zwykła powtarzać, że "kto w niedzielę urodzony, ten ma dwie lewe ręce do roboty". Wtedy nie rozumiałam co konkretnie miała na myśli, ale dziś jak nigdy wcześniej utożsamiam się z jej słowami.

Od samego rana nie mogę zebrać się do jakiejś konkretnej roboty, a mój szanowny, przyklejony do TV i odmawiający współpracy przy ogarnięciu naszego gospodarstwa domowego, tym bardziej działa na mnie demotywująco. Mieszkanie wygląda jak po przejściu tornada, góra prania piętrzy się w łazience, a przez szyby okien ledwo co widać. Dobrze, że wcześniej ugotowałam obiad dla maluchów. Dziś wystarczyło go tylko podgrzać i voila. Niestety, dla nas już nie stało:) Jakie to szczęście, że mieszkam w mieście, gdzie pewien sklep z wyposażeniem wnętrz ma jadłodajnię, w której tak sobotnio-rozbabrane panie domu jak ja mogą szybko i względnie tanio odżywić swój rozleniwiony organizm. 

Zatem, drogie Panie i może Panowie, życzę Wam miłej i spokojnej soboty, a ja uciekam z małżem na pulpety.

PS A jak Wam mija dzień? Czy nie sądzicie, że nasze panczenistki mogły bardziej się postarać? Może one też urodziły się w niedzielę?

Szpital pediatryczny na piątkę z plusem

Mimo chuchania i dmuchania na mojego bobasa, w końcu i jego dopadło choróbsko. Zaczęło się od lekkiego pokasływania i zapalenia spojówek, a skończyło na rozsadzającym jego małe ciałko kaszlu i niestety zapaleniu płuc.

Dobry szpital pediatryczny, to przede wszystkim świetni lekarze i nowoczesny sprzęt. Tym razem, nasz lekarz rodzinny skierował nas do Szpitala Pediatrycznego wchodzącego w skład Wojewódzkiego Centrum Leczenia Chorób Płuc w Łodzi-Łagiewnikach. A tam, trafiliśmy w ręce samej Pani Ordynator, dzięki której nasz maluch szybko odzyskał utracone zdrowie. Jestem również przeogromnie wdzięczna wspaniałym Paniom Pielęgniarkom i Rehabilitantkom, które nie tylko z wielką delikatnością podawały leki i oklepywały małych pacjentów, ale również służyły wsparciem zmartwionym mamom. 

Świetny szpital pediatryczny, to nie tylko kompetentni lekarze i niezawodny sprzęt, ale przyjazne dzieciom i towarzyszącym im w czasie terapii rodzicom, otoczenie.

Ku mojemu zaskoczeniu, sam budynek szpitala w ogóle go nie przypominał, lecz wyglądał z zewnątrz jak hostel lub ośrodek wczasowy. Elewacja w kolorze żółto-zielonym, liczne przeszklenia i, przede wszystkim, widoczna od frontu duża świetlica, powodowały, że z chęcią weszliśmy do środka. 



A tam jeszcze większe zaskoczenie. Kolorowe i bardzo estetycznie wykończone ściany z postaciami z kreskówek wskazującymi, że na parterze budynku znajdują się sale dla dzieci starszych, a na pierwszym piętrze dla maluchów. My trafiliśmy na górną kondygnację. 



Po obowiązkowym badaniu lekarskim i prześwietleniu, na które nie musiałam ciągnąć mego chorowitka dworem na drugi koniec kompleksu szpitalnego, lecz do pokoju obok zabiegowego, udaliśmy się do sali, w której, jak się później okazało, przyszło nam spędzić ponad tydzień. 

Nie wiem jak jest w innych miastach, ale w moim trudno jest o szpital, w którym matka mogłaby "godnie" opiekować się i przebywać ze swym chorym dzieckiem. W czasie choroby Artura, w innym szpitalu pediatrycznym leczyła się z zapalenia płuc jego koleżanka z wcześniaczych czasów. Mama dziewczynki spędzała noce siedząc na twardym, drewnianym krześle, mimo, że opłata za jej pobyt na oddziale wynosiła ponad 30 PLN (w moim szpitalu ok. 17 PLN). Do tego sala, w której przebywała była wieloosobowa, więc trudno było o intymność i o spokojny sen dla maluchów, nie wspominając o wzajemnym kasłaniu jednego dziecka na drugie.


My zostaliśmy zakwaterowani w sali, w której obok łóżeczka niemowlęcego stał duży, wygodny fotel, który po rozłożeniu służył mi za łóżko. Z tego, co udało mi się podejrzeć, w innych pokojach było podobnie, chyba, że przeznaczone były dla dzieci, które przebywały w szpitalu bez mamy czy taty (ech, przykro było patrzeć na te biedne bobasy, które błagalnym wzrokiem prosiły o wzięcie na ręce i przytulenie...). Oprócz łóżek, w naszym pomieszczeniu znajdował się mini-stolik śniadaniowy, szafka ze zlewo-wanienką do kąpania dzidziusiów i blatem do przewijania. Dzięki kolorowym ścianom i ogromnym naklejkom z motywami bajkowymi, sprzęt medyczny stawał się prawie niewidoczny, a dzieciaki mogły poczuć się, może nie jak w domu, ale przynajmniej na chwilę zapomnieć o tym, że są w szpitalu. 


Trochę większe dzieci, którym lekarze pozwalali na wychodzenie z pokoi, mogły bawić się wspólnie z rówieśnikami w sali zabaw lub na dobrze wyposażonym placu zabaw zlokalizowanym na tyłach budynku. Natomiast do dyspozycji rodziców była kuchnia, w której mogli przygotowywać i przechowywać swoje posiłki oraz jadalnia. 



Na zakończenie dodam, że szpital, w którym przebywaliśmy jest szpitalem państwowym, do którego może trafić każde dziecko, które wymaga specjalistycznej opieki pulmonologicznej. Jak widać personel może być miły i pomocny, lekarze kompetentni i komunikatywni (w innych szpitalach miewałam do czynienia z bucami, których musiałam błagać o chwilę rozmowy), a otoczenie czyste, kolorowe i przyjazne dzieciom i ich rodzicom. Mam nadzieję, że nadejdzie taki czas, że większość polskich szpitali pediatrycznych będzie na poziomie europejskim, bo z moich wcześniejszych doświadczeń wynika, że niestety od Europy dzielą je setki lat świetlnych...

Żródło zdjęć: fakt.pl, halolodz.pl, dzienniklodzki.pl















12 obowiązków domowych, które może wykonywać Twój mężczyzna oglądając telewizję.

Jeśli nie jesteś fanką sportu i najchętniej wyprowadziłabyś się na bezludną wyspę na czas trwania Igrzysk Olimpijskich, ten post jest właśnie dla Ciebie!

Dobrze wiem jak czujesz się, gdy po całym dniu spędzonym w pracy wracasz ledwo żywa i znów cały dom jest na Twojej głowie, ponieważ Twój facet siedzi przyklejony do kanapy oglądając relację z kolejnego meczu w hokeja lub wyścigi panczenistów. Czas to zmienić! Jest wiele czynności, w których może wyręczyć Cię Twój ukochany kibic w czasie oglądania telewizji. Dzięki temu wilk będzie syty a i owca cała. On będzie mógł dalej śledzić skoki narciarskie, a Ty będziesz mogła zająć się stęsknionymi za Tobą dziećmi lub nałożyć sobie maseczkę. Oto moja lista:

  • Prasowanie
  • Składanie wypranych ubrań 
  • Łączenie wypranych skarpet w pary
  • Karmienie dzieci 
  • Wyczesywanie psa
  • Odkurzanie mebli i podłogi
  • Mycie podłogi
  • Pastowanie podłogi (o ile ktoś to nadal praktykuje;-)
  • Zmywanie i gotowanie (jeśli mamy TV w kuchni lub mamy salon z aneksem kuchennym)
  • Pastowanie butów
  • Obieranie ziemniaków
  • Podlewanie kwiatów



A jakie są Wasze propozycje zadań bojowych dla telemaniaka? PS Niestety wylądowałam z Arturem w szpitalu i walczymy z zapaleniem płuc, więc wrócę do Was z nowymi postami gdy tylko wyzdrowiejemy.

Przed-szkolne przygotowania, czyli nasza przygoda z "homeschooling'iem".

Homeschooling, czyli edukacja lub nauczanie domowe, nie jest popularnym zjawiskiem w naszym kraju. Jednak w wyniku negatywnych zmian w polskim systemie edukacji, coraz więcej rodziców decyduje się uczyć swoje dzieci w domu. 

Nie jestem matką z nierealnymi oczekiwaniami wobec moich synów. Nie jestem również matką, która przelewa na dzieci swoje własne, niezrealizowane ambicje. Jestem natomiast matką wymagającą i okazującą wiele wsparcia, która z własnego doświadczenia wie, że tylko dzięki ciężkiej pracy i uporowi jesteśmy w stanie dojść do czegoś w życiu. Dlatego też, po rozmowach z nauczycielkami przedszkolnymi mojego syna, które otwarcie mówią o tym, że nowa podstawa programowa zabrania uczenia przedszkolaków pisania i czytania, postanowiłam zakasać rękawy i rozpocząć wielkie przygotowania Kuby do pójścia do szkoły w roku 2015. Tak, do pójścia do normalnej, publicznej podstawówki, ponieważ wierzę, że bardzo ważne jest kształtowanie umiejętności społecznych i wchodzenia w relacje z rówieśnikami, czego trudno nauczyć w domu.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o obniżeniu wieku obowiązku szkolnego, włos mi się na głowie zjeżył. Nie wynikało to z mojej niechęci do wcześniejszego wdrażania moich dzieci w arkana czytania, pisania i liczenia, lecz z prostego powodu - polskie podstawówki są kiepsko przygotowane do przyjęcia tak małych dzieci.

Razem z Kubą w klasie będą uczyć się dzieci urodzone w drugiej połowie roku 2008, czyli różnica wieku pomiędzy najstarszym a najmłodszym pierwszoklasistą może wynieść nawet 1,5 roku. Każda z nas wie, jak bardzo mogą różnić się od siebie pod względem rozwojowym dzieci nawet z tego samego rocznika, a co dopiero rok starsze. Stąd mój pomysł na wykorzystanie tego, co najlepsze w "edukacji domowej" i na samodzielne, stopniowe rozwijanie umiejętności przydatnych w szkole, dzięki czemu, mam nadzieję, zapewnię mu dobry start w szkole podstawowej.

Nie trzeba być pedagogiem, by samodzielnie uczyć swe dziecko. W myśl zasady "homeschoolingu", rodzic, który przejmuje całkowitą lub, tak jak ja, częściową odpowiedzialność za edukację swojego dziecka, ma możliwość doboru metod i środków, również tych niekonwencjonalnych, w celu poszerzania jego wiedzy. Podstawą jest jednak dobry plan, konsekwencja i zaangażowanie. Pierwszy tydzień "domowej nauki" za nami. Jak na razie idzie nam nieźle, chociaż zdarzają się nam momenty totalnego rozprężenia, co jest typowe dla dzieci w tym wieku. K. powoli zaczyna przyzwyczajać się do tych naszych mini-lekcji i czerpać z nich wielka frajdę, bo przecież nauka ma sprawiać przyjemność, a nie być niemiłym obowiązkiem. Trzymajcie za nas kciuki.

Więcej szczegółów, m.in. nasz plan "domowej nauki" w poście za tydzień.










Imprezu-jemy! Menu na obiad imieninowy.

Słonecznego czwartku! U mnie szaro i buro. Brak słońca zimą daje mi się rok rocznie we znaki, ale staram się myśleć pozytywnie. Mam nadzieję, że Wam humory dopisują. W końcu dziś już czwartek :)

Tak sobie ostatnio myślałam na temat imienin, urodzin i innych tego rodzaju imprez, których ludzie coraz mniej organizują u siebie w domu. W dzisiejszych czasach sms, email lub krótka rozmowa telefoniczna zastąpiły posiadówki przy śledziu i wódeczce, z którymi w czasach mojego dzieciństwa kojarzone były imieniny w typowej polskiej rodzinie. Aż trudno uwierzyć, że przy tak szerokim gronie znajomych, ostatnio na "domówce" (nie licząc zaprawy przed imprezowaniem na mieście;) byliśmy ponad roku temu. Wszyscy albo nie mają czasu lub ochoty urządzać imienin lub urodzin, albo najchętniej stołowaliby się u kogoś. 

Dlatego niech rok 2014 będzie rokiem spotkań przy wspólnym stole zastawionym szybkimi i niewymagającymi zbyt dużych nakładów środków i pracy potrawami!

Dla nas najbliższą okazją do świętowania będą imieniny mojej mamy, które specjalnie z powodu naszego wyjazdu w góry przełożyła na sobotę. Dziś telefonicznie ustaliłyśmy menu, którym chciałabym się z Wami dziś podzielić. Zamiast tysiąca drobnych przekąsek i koreczków, stawiamy z mamą na dwudaniowy obiad z deserem i kilkoma przystawkami, dla tych, którzy będą potrzebowali "dopchać się" do syta. Oto co wymyśliłyśmy:

DANIE NA DOBRY POCZĄTEK 

  • Zupa-krem z marchewki z imbirem gotowana na rosole.

Pozostała część rosołu zostanie podana dzieciom, które mogą nie przepadać za ostrawym smakiem imbiru).

A NA DRUGIE

  • Schab pieczony w rękawie nadziewany morelami z sosem pieczeniowym
  • Kieszonki z kurczaka nadziewane szpinakiem i serem feta
  • Ziemniaki  z ziołami opiekane na blasze (dla dzieci pure)
  • Sałatka szopska
  • Bukiet jarzyn na ciepło polanych masłem czosnkowym

DESER

  • Szarlotka żony weekendowej  na ciepło z lodami i bitą śmietaną
  • Bałagan w Eton z pijanymi malinami (tylko dla dorosłych - dla dzieci maliny muszą być trzeźwe;)

I NA KONIEC

  • Sałatka bałkańska 
  • Zawsze dobra i tania sałatka tradycyjna "kartoflanka"
  • Pasztet "Specjalność mojej mamy"
  • Półmisek wędlin
  • "Imieninowe" śledziki w oleju

Najbardziej pracochłonne są sałatki i pasztet. Reszta praktycznie piecze i gotuje się sama. Koszt - wszystko zależy od tego, gdzie kupimy składniki, zwłaszcza mięso. Ja nie lubię przepłacać za artykuły spożywcze, więc moje wskazówki na temat jak tanio kupować mięso będziecie mogły poznać w jednym z kolejnych postów. Stay tuned :)



Nasze ferie w Zakopanem


Jak Wam minął wtorek? U mnie pod znakiem całodziennych zmagań z zapaleniem spojówek Artura. Na szczęście w końcu udało mi się go utulić do snu i mam chwilę na to, by podzielić się z Wami moimi po-zakopiańskimi wrażeniami.

Nie lubię się pakować. Zniechęca mnie do tego sama myśl o tym, ile rzeczy muszę zabrać dla siebie i dwójki moich dzieciaczków. Małż pakuje się sam i jak każdy facet wrzuca do torby kilka par czystej bielizny, żel pod prysznic i ze zniecierpliwieniem stoi przy drzwiach wyjściowych i pyta - "To Wy jeszcze nie jesteście spakowani"? Zazwyczaj szlag mnie wtedy trafia, ale staram się poprawić sobie humor tym, że za parę godzin (normalnie 4-5) będę zajadać oscypek z grilla i pić grzane wino w góralskiej karczmie. 

W tym roku pakowanie rozłożyłam sobie na dwa dni. Wszystkie ubrania zdążyły wyschnąć, ja je wyprasować i spakować wraz z tysiącem innych urządzeń, sprzętów i zabawek. Sama wyprawka Artura - jego podgrzewacze, sterylizatory, monitory oddechu, itp. zajęły całą wielką walizę. Ale nic to. W końcu to jego pierwszy wyjazd w góry. 5 godzin i będziemy na miejscu. AKURAT! Jechaliśmy ponad 10, słownie dziesięć. Korek na korku i korkiem poganiał. Szybciej doleciałabym samolotem do Kalifornii niż pokonała dystans na trasie Łódź-Zakopiec. Na szczęście miałam przy sobie dwa cudowne sprzęty zwane potocznie "cyckami", więc udało mi się jakoś Artka urobić i cudem przetrwaliśmy tę gehennę. 

A Zakopane przywitało nas słońcem, śniegiem i lekkim mrozem. Po szybkim śniadaniu (chwała Bogu, że nie musiałam go ani przygotowywać, ani po nim zmywać:), wyruszyliśmy zbadać zakopiańskie „ośle łączki”. Kuba nie był za bardzo zainteresowany narciarstwem, ale po lekkiej perswazji z naszej strony (czytaj po założeniu nart i butów na siłę), grzecznie pomaszerował za instruktorem na stok. Po pierwszej godzinie nauczył się utrzymywać równowagę, po kolejnych dwóch lekcjach, samodzielnie zjechał z górki na nartach. Po ostatnim treningu jazdy, płakał, że nie zdejmie nart, i że nie wraca do domu, tylko zostaje na dłużej. I jak tu zrozumieć dziecko? 

























































26 stycznia Artur skończył pół roku. Była to doskonała okazja do świętowania i do kolejnej refleksji nad szybko mijającym czasem. Dopiero co nasz maluch przyszedł na świat, a tu już prawie siedzi, waży 4 razy więcej niż przy urodzeniu i więcej gada (co prawda po dzidziusiowemu) niż niejeden dorosły. Jestem z niego taka dumna, że mimo wcześniactwa tak szybko dogania rówieśników.



Popołudniami, zazwyczaj oddawaliśmy nasz przychówek pod opiekę dziadków i z małżem wyruszaliśmy na stok lub całym kolektywem udawaliśmy się szlakiem Równi Krupowej. Jeśli ktoś ma za dużo pieniędzy, to w Zakopanem z pewnością znajdzie mnóstwo karczm i sklepów, gdzie będzie mógł choć w części się ich pozbyć. My poprzestaliśmy na jednej wizycie w naszej od lat ulubionej "Karczmie po zbóju" i na window shoppingu w pobliskich sklepach z ciuchami. Mimo licznych przecen, w tym roku zabrakło mi weny do zakupów. 








Suma summarum wyjazd zaliczam do udanych. Kuba nauczył się jeździć na nartach, ja z mężem mieliśmy kilka okazji pośmigać na dechach, Artuś odbył swoją pierwszą, długą podróż, a najważniejsze jest to, że ruszyliśmy się z domowych pieleszy i mieliśmy świetną okazję pobyć na świeżym (?) powietrzu i wypocząć od codziennych obowiązków. Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. Po tygodniu musieliśmy ponownie spakować walizki i wyruszyć w drogę powrotną. Teraz też mam w domu góry, ale prania i zero szans na to, że znikną pod warstwą śniegu.







Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *