Niech "Girl Power" będzie z Tobą.


Mamy w domu szafkę, w której trzymamy stare płyty CD i DVD. Powiem szczerze, że zaglądam do niej może dwa razy w roku gdy nie ma nic ciekawego w telewizji lub ktoś ze znajomych chce pożyczyć płytę, którą akurat mamy w posiadaniu. 

Tak się złożyło, że wróciliśmy z Poznania mega wykończeni, dzieci już spały i w sumie w domu nie było nic do roboty, więc stwierdziliśmy, że może obejrzymy coś na DVD. Zanim zdążyłam rzucić kilka propozycji filmów, mój szanowny małż słodko chrapał na kanapie, więc z czystym sumieniem mogłam odpalić słitaśną jak cukierek "Legalną Blondynkę".

Nie wstydzę się przyznać, że uwielbiam ten film. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że też jestem blondynką i w sumie nie mam nic przeciwko kolorowi różowemu ;) A tak na poważnie, to moim zdaniem film ten był jednym z nielicznych typowo babskich tytułów, który skutecznie poprawiał humor i przekazywał przeogromne ilości "Girl Power". Do tej pory dla podniesienia mojego kobiecego morale i dla odzyskania motywacji do działania lubię włączyć sobie płytę ze ścieżką dźwiękową z tego filmu. Ostatnio podsunęłam ją również Agnieszce, która po jej przesłuchaniu stwierdziła, że ma ochotę skopać tyłek swojego, wkrótce już byłego, męża. 

Jeśli Tobie też brakuje energii do działania, chcesz znów uwierzyć, że wszystko jest możliwe, posłuchaj poniższych piosenek. I niech "Girl Power" będzie z Tobą!

Hoku "Perfect Day"

Valeria "Ooh La La"



Vanessa Carlton "A Thousand Miles"


Samantha Mumba "Baby, Come on Over"


Lo-Ball "Can't Get Me Down"


Lisa Loeb "We Could Still Belong Together"



Joanna Pacitti "Watch Me Shine"


Samantha Mumba "Don't Need You To (Tell Me I'm Pretty)"


Superchick One Girl Revolution












Baby hogs, czyli wieprzki dziecięce w natarciu.

Witajcie kochani w ten wtorkowy wieczór! Jak Wam mija 84 dzień roku? Do napisania dzisiejszego posta zainspirowała mnie opowieść mojej znajomej z pracy, która niedawno została mamą po raz pierwszy. W sumie historia znana jak świat. Przez 9 miesięcy ciąży czuła się niemal jak księżniczka. Mąż codziennie rano podawał jej śniadanie do łóżka i masował obolały kręgosłup, jej rodzice załatwili panią do sprzątania, bo przecież ciężarna nie może się przemęczać. A teściowie? Wręcz całowali ziemię, po której stąpała i podrzucali torby zdrowego jedzenia, byle tylko przyszłej mamie niczego nie brakowało.

Nadszedł upragniony dzień porodu. Dziecko urodziło się szybko i bezproblemowo i po 2 dniach mama z kwilącym zawiniątkiem zawitała do domu. A tam zastała komitet powitalny reprezentowany przez dwie rozanielone, świeżo upieczone babcie, które bez słowa wyrwały jej dziecko z rąk. I nawet nie zapytały jak czuje się młoda mama i czy czegoś jej nie potrzeba... Najważniejsze, że spełniła swe zadanie. Dała im dziecko do tulenia.

Mijały dni, wizyty babć, a zwłaszcza teściowej, stawały się coraz dłuższe i bardziej działające na nerwy. Wystarczyło, że dziecko odrobinę zapłakało, a ta pierwsza stała nad jego łóżeczkiem i brała je na ręce. Mało tego, potrafiła nosić wnuka godzinami i oddawać go matce na czas karmienia i przewijania. Czasami widząc, że maluch płacze w ramionach swojej rodzicielki, wyrwała je z jej rąk twierdząc, że nikt nie potrafi tak dobrze uspokoić dzidziusia jak babcia. Była typowym przykładem osoby, którą w języku angielskim określa się jako "baby hog", czyli "okupant dziecięcy" (chociaż mi najbardziej podoba się tłumaczenie dosłowne słowa hog - wieprz :).

"Baby hog'iem" może zostać każdy-babcie, ciocie, dziadkowie, stryjkowie, siostry czy znajome. Może nim równie dobrze być mama lub tata dziecka, którzy nie dopuszczają do niego innych osób. "Wieprzki dziecięce" charakteryzuje nadmierna chęć noszenia i tulenia bobasów i przesadne podkreślanie swoich umiejętności ich obsługi. Niektóre "wieprzki" otwarcie krytykują młode, niedoświadczone matki i starają się narzucić ich własne, "sprawdzone" metody, czym obniżają w kobietach poczucie własnej wartości i  oceny ich macierzyństwa. Popytałam wśród innych zaprzyjaźnionych mam i niemal każda twierdziła, że doświadczyła baby hogging'u. O dziwo najczęściej ze strony teściowej :) Ja osobiście dość często miewam z nim styczność, ale przy drugim dziecku już nie daję sobie w kaszę dmuchać, tzn. wyrywać dziecka z rąk przez obie zakochane w nim babcie. Grunt to określić granice i konsekwentnie wymagać ich respektowania, co z powodu częstej zależności od naszych rodziców może być trudne (każdy z nas czasami chce wyjść gdzieś bez dzieci i możliwość pozostawienia naszych skarbów pod opieką dziadków jest bezcenna).

No dobrze, ale czy są jakieś sprawdzone metody walki z "baby hogsami"? Szczerze? Tak i nie... Na jedne podziała spokojna rozmowa, na inne wpływ może wywrzeć nasz partner lub inny mediator. Dość często atmosfera oczyszcza się dopiero po karczemnej awanturze, a niekiedy jedynym ratunkiem jest ograniczenie wzajemnych kontaktów. Najważniejsze jest jednak to, by od samego początku nie dać sobie wejść na głowę i głośno tupać nogą, gdy tylko poczujemy, że postępowanie innych osób powoduje, że przestajemy się czuć pewnie w roli mamy. Niestety jeśli nie będziemy konsekwentne w wyrażaniu swoich odczuć związanych z nadmierną i przesadną "okupacją" naszych pociech, z czasem "wieprzki" przyzwyczajają się do naszej uległości i będą bardziej otwarcie demonstrować i podkreślać swoje umiejętności "matkowania" nieswoim dzieciom.

A teraz czas na Was i Wasze doświadczenia w powyższym temacie. Czy padliście ofiarą "wieprzka dziecięcego" i jeśli tak, jak udało się Wam rozwiązać problem jego nadmiernej zaborczości wobec Waszych maluchów?

Źródło zdjęcia: http://alphamom.com/


Keep calm, it's spring time!


Wiosna - cieplejszy wieje wiatr. Wiosna... Czyż sama myśl o tym, że skończyła się zima nie nastraja Was pozytywnie? Mnie tak, mimo iż w Łodzi od wczoraj leje deszcz, a temperatura ledwo przekracza 3 stopnie, no ale sorry, taki mamy klimat...

W końcu po dwutygodniowej przerwie udało mi się zasiąść przed komputerem. Pobyt w szpitalu i walka z kolejnym zapaleniem płuc Artura wyczerpały mnie kompletnie. Od piątku, kiedy to wreszcie wróciliśmy do domu, obserwuję moje dziecię przez 24 h na dobę i sprawdzam czy przypadkiem zarazy nie szykują kolejnego ataku na mojego chorowitka. Przy tak obniżonej dwiema ogromnymi infekcjami odporności, ryzyko kolejnego uderzenia jest ogromne. Na szczęście starszy syn ma dopiero 4,5 roku, nie chodzi jeszcze do zerówki i mogę go zatrzymać na dłużej w domu. Dzięki temu wyeliminowaliśmy szansę przywleczenia bakterii z przedszkola, w którym podobno grupy są zdziesiątkowane przez grypę i śródmiąższowe zapalenie płuc. By dać naszemu maluchowi lepszy start w zdrowie, w czasie naszej nieobecności moja mama z małżem gruntownie posprzątali i całymi dniami wietrzyli nasze mieszkanko, a po naszym powrocie każdy dzień zaczynam od odkurzania i mycia podłogi. Może ktoś uznać to za lekką przesadę, ale antybakteryjne żele do mycia rąk i maski na twarz w dużej ilości spoczęły w naszej domowej apteczce, a nuż widelec kogoś z domowników dopadnie jakiś upierdliwy wirus lub bakteria. Tfu, tfu, na psa urok, oby tak się nie stało...

A co czeka nas w najbliższej przyszłości, o czym na pewno Wam napiszę? Przede wszystkim homeschooling - za radą nauczycielek Kubusia skupimy się na rozwijaniu umiejętności motorycznych i manualnych mojego synka. Niestety wciąż ma problemy z prawidłowym trzymaniem kredek i ołówków i rysowaniem po śladzie. Do tego niezobowiązujący angielski. Kubuś coraz częściej używa słów i zwrotów, które słyszy w piosenkach, których słuchamy w domu i do których tańczymy. Daje mi tym jasno do zrozumienia, że jest typowym słuchowcem-kinestetykiem, który więcej skorzysta z podrygiwania do "Thank you very much" Margaret niż ze ślęczenia nad planszami, rysunkami czy szkicami.

Kolejną rzeczą, którą wkrótce się zajmiemy jest nasz domowy ogródek, a właściwie "pomidornik". Od kilku lat pasjami uprawiam pomidory w skrzynkach i donicach na własnym balkonie i parapecie, a sadzonki moich "gargameli" daję znajomym zamiast kwiatów. Ponieważ teraz jest najlepszy moment na wysiew nasion, wkrótce pojawi się seria postów o naszym tegorocznym "pomidorowym" przychówku.

Niebawem wrócę do Was z kolejnym postem z serii "Oszczędne Wtorki z Annability". Do jego napisania zainspirowała mnie wypowiedź pewnej kobiety, która z obawy przed zbliżającą się, według niej, wojną, zaczęła gromadzić zapasy żywności. Bez względu na to, czy jej czarny scenariusz potwierdzi się czy też nie, kupowanie niektórych produktów na zapas ma sens, a moje propozycje takich towarów poznacie wkrótce.

W piątki tradycyjnie uraczę Was moimi przemyśleniami na temat małżeństwa, związków i bycia razem. A tematem, który jest dla mnie ostatnio dość aktualnym jest rozwód mojej przyjaciółki, która wzięła ślub miesiąc po nas. Dwoje małych dzieci, piękny dom i niedopasowane małżeństwo. Rozwodzić się czy nie? Oto jest pytanie...

I na koniec muszę się Wam pochwalić, że wchodzimy w kolejny etap realizacji naszego marzenia o własnym domu - rozpoczynamy poszukiwania projektu architektonicznego. Z powodu bardzo ograniczonych zasobów i już posiadanego frank-kredytu, najtańszym rozwiązaniem jest projekt gotowy i jego ewentualna adaptacja. Mamy już kilka typów, ale żaden nie jest "tym jedynym". Czasem żałuję, że Bozia nie obdarowała mnie na tyle przestrzenną wyobraźnią, bym mogła studiować architekturę i samodzielnie zaprojektować chałupę naszych marzeń...

No dobrze, czas już na mnie. Muszę w końcu porządnie zabrać się za aktualizację mojej strony na Facebooku i Twitterze, do polubienia których serdecznie zachęcam. Trzymajcie się ciepło w te chłodne dni i "Keep calm, it's spring time" :)








Mamy się lepiej

Witajcie w ten szaro-bury niedzielny poranek. Tym razem prognozy pogody sprawdziły się i od rana w Łodzi wieje i pada deszcz. Na usta cisną mi się słowa piosenki "Why does it always rain on me?", ale nie dlatego, że mam powody do narzekania. Wręcz przeciwnie. Lubię britpop, gitarowe brzmienia i fajne męskie głosy. A dziś wyjątkowo gra mi w duszy, bo po tygodniu walki z zapaleniem płuc Artusia, w końcu usłyszałam dobre wieści-zmian w płucach brak:-) Maluch prawie nie kaszle, spokojnie i głęboko oddycha i ma świetny humor, który udziela się całej naszej rodzince i personelowi szpitala.  Żeby tego było mało, bobas sprawił nam kolejną, ogromną niespodziankę. Mimo jego wcześniactwa (a miałby dziś dopiero 5.5 miesiąca gdyby urodził się w terminie) i osłabienia po dwóch groźnych infekcjach, Artuś zaczął samodzielnie siedzieć:-) Jestem z niego strasznie dumna i aż chce mi się śpiewać z radości. Kończąc mój dzisiejszy post życzę Wam miłej niedzieli i samych dobrych wieści. Dziękuję za wszystkie przemiłe komentarze i obiecuję odpowiedzieć na wszystkie po powrocie do domu. 

Znów w szpitalu:-(

Witajcie Kochani, dziś szybki i krótki post pisany z telefonu.

Niestety znów jesteśmy w szpitalu i walczymy z zapaleniem płuc:-(  Już jest lepiej, ale do zupełnego wyzdrowienia jeszcze długa droga. Sprawdziły się przewidywania osób, które mówiły nam, że wcześniak plus przedszkolak to mieszanka wybuchowa i prędzej czy później pojawi się problem wzajemnego zarażania. A że sezon zachorowań w pełni, tym bardziej dzieci są narażone na różne mniej lub bardziej poważne infekcje. Nam znów się nie udało uchronić przed nimi naszego smyka... Trzymajcie się ciepło i zobaczenia wkrótce.

Przerośnięty trzeci migdał - zmora maluchów.












W mojej rodzinie znany był od zawsze. Pojawiał się nagle i za żadne skarby świata nie chciał odejść. Walczyła z nim moja babcia, mój tata, dwie ciotki, mój brat i w końcu ja. Sądziliśmy, że udało się nam drania wygonić na zawsze z naszego życia, że już nigdy nie będziemy musieli mieć z nim do czynienia. Niestety. Wczorajsza wizyta u laryngologa rozwiała nasze złudzenia. On wrócił i zadomowił się w nosogardle najmłodszego pokolenia. On - drań ukrywający się pod pseudonimem tonsilla pharyngea lub vegetationes adenoidales i atakujący dzieci (często również dorosłych) w wieku mniej więcej 3-6 lat. On - przerośnięty trzeci migdał.

Mimo hartowania, podawania leków uodparniających, długich pobytów nad morzem, mój starszy smyk coraz częściej zapadał na różne infekcje górnych dróg oddechowych. Katary, kaszle, anginy, sapki stały się nieodłączną częścią naszego życia. Po przeprowadzeniu serii testów alergicznych, które finalnie wykazały lekkie uczulenie na roztocza, i odpowiednim zalekowaniu, sądziliśmy, że najgorsze mamy już za sobą. Niestety myliliśmy się. Mimo leków i ciągłej walki z kurzem, infekcje górnych dróg oddechowych zaczęły pojawiać się coraz częściej. Przez ostatnie pół roku K. bywał w przedszkolu przez maksymalnie 10 dni w miesiącu. W pozostałe chorował. Do tego doszło chrapanie w czasie snu, niedosłuch (który na początku zwalaliśmy na typowe dla dzieci słyszenie wybiórcze) oraz oddychanie przez buzię (które sądziliśmy jest skutkiem zatkanego przez zwyczajny karat nochala). W czasie jednej z kontroli w poradni alergologicznej dano nam jasno do zrozumienia, że najwyższy czas poszukać dla Kuby laryngologa, ponieważ prawdopodobnie mamy do czynienia z przerostem trzeciego migdałka. Po zrobieniu rekonesansu wśród znajomych, udało nam się znaleźć dobrego specjalistę otolaryngologa i w miarę szybko umówić na wizytę. Podejrzenia alergologa sprawdziły się. 

Nie jest dobrze. Wszystkie trzy migdały są powiększone i niestety wymagają interwencji chirurgicznej, ponieważ utrudniają oddychanie. Sama doskonale pamiętam jak wycinało się, a właściwie wyrywało się trzecie migdały w czasach mojego dzieciństwa. Do końca życia nie zapomnę jak posadzono mnie na kolanach pielęgniarki, dwie inne trzymały mnie za nogi i ręce, bym się nie poruszyła, a laryngolog jakimś łyżko-nożem za jednym zamachem pozbył się drania. Całość odbywała się pod znieczuleniem miejscowym (czymś psiknięto mi do gardła) i bardziej przypominała rzeź niż humanitarny zabieg chirurgiczny. A sam widok trzeciego migdałka wypadającego z mego gardła na podstawioną "nerkę" - bezcenny. 

Dziś operacja ta odbywa się (podobno zawsze) w znieczuleniu ogólnym i trwa ok. 30 minut. W internecie można znaleźć tysiące artykułów traktujących o tym, czy powinno się wycinać przerośnięty trzeci migdał czy też nie. Nasz laryngolog dał mu ostatnią szansę. Jeśli po miesięcznej kuracji przepisanymi lekami nie będzie poprawy, Kuba będzie musiał być operowany. Nie tracę nadziei, że leczenie się powiedzie, ale patrząc wstecz na migdałowe bitwy toczone przez członków mojej rodziny obawiam się, że i tym razem szala przechyli się na stronę wroga. Oby nie. Trzymajcie za nas kciuki!




Nowości na naszej półce: "Wielka księga zagadek" Wydawnictwa MUZA SA.



Jak Wam minął weekend? Nam znów chorobowo. Po tygodniu względnego spokoju, znów walczymy z katarem i kaszlem. Na szczęście, jakiś czas temu w nasze ręce trafiła nowa książeczka, która na wiele godzin zajęła mojego marudzącego synka.

"Wielka księga zagadek" Wydawnictwa MUZA SA, to ponad 200 stron rozmaitych łamigłówek o zróżnicowanym stopniu trudności. Zadania typu wytęż wzrok, układanki, czy też labirynty, z pewnością przypadną do gustu młodszych dzieci. Starszaków bez wątpienia zainteresują zagadki logiczne, w których będą mogli rozwijać umiejętności matematyczne, natomiast anagramy, literowe sudoku i gry słowne posłużą do nauki i utrwalenia znajomości alfabetu. 

"Wielką księgę zagadek" charakteryzuje bardzo przyjemna szata graficzna. Sztywna, wielokolorowa okładka, na której znajdziecie pierwsze zadanie do wykonania, jest świetną zapowiedzią jeszcze bardziej atrakcyjnego wnętrza. Książka jest wydrukowana na wysokiej jakości papierze, a zawarte w niej ryciny przykuwają wzrok i uwagę na wiele godzin.

  • Tytuł oryginału: Totally Brilliant Super Puzzle Book
  • Wydanie: 1
  • Rok wydania: 2014
  • Oprawa: broszurowa
  • Liczba stron: 208
  • Format: 210 x 255 mm

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *