Baby hogs, czyli wieprzki dziecięce w natarciu.

25.3.14

Witajcie kochani w ten wtorkowy wieczór! Jak Wam mija 84 dzień roku? Do napisania dzisiejszego posta zainspirowała mnie opowieść mojej znajomej z pracy, która niedawno została mamą po raz pierwszy. W sumie historia znana jak świat. Przez 9 miesięcy ciąży czuła się niemal jak księżniczka. Mąż codziennie rano podawał jej śniadanie do łóżka i masował obolały kręgosłup, jej rodzice załatwili panią do sprzątania, bo przecież ciężarna nie może się przemęczać. A teściowie? Wręcz całowali ziemię, po której stąpała i podrzucali torby zdrowego jedzenia, byle tylko przyszłej mamie niczego nie brakowało.

Nadszedł upragniony dzień porodu. Dziecko urodziło się szybko i bezproblemowo i po 2 dniach mama z kwilącym zawiniątkiem zawitała do domu. A tam zastała komitet powitalny reprezentowany przez dwie rozanielone, świeżo upieczone babcie, które bez słowa wyrwały jej dziecko z rąk. I nawet nie zapytały jak czuje się młoda mama i czy czegoś jej nie potrzeba... Najważniejsze, że spełniła swe zadanie. Dała im dziecko do tulenia.

Mijały dni, wizyty babć, a zwłaszcza teściowej, stawały się coraz dłuższe i bardziej działające na nerwy. Wystarczyło, że dziecko odrobinę zapłakało, a ta pierwsza stała nad jego łóżeczkiem i brała je na ręce. Mało tego, potrafiła nosić wnuka godzinami i oddawać go matce na czas karmienia i przewijania. Czasami widząc, że maluch płacze w ramionach swojej rodzicielki, wyrwała je z jej rąk twierdząc, że nikt nie potrafi tak dobrze uspokoić dzidziusia jak babcia. Była typowym przykładem osoby, którą w języku angielskim określa się jako "baby hog", czyli "okupant dziecięcy" (chociaż mi najbardziej podoba się tłumaczenie dosłowne słowa hog - wieprz :).

"Baby hog'iem" może zostać każdy-babcie, ciocie, dziadkowie, stryjkowie, siostry czy znajome. Może nim równie dobrze być mama lub tata dziecka, którzy nie dopuszczają do niego innych osób. "Wieprzki dziecięce" charakteryzuje nadmierna chęć noszenia i tulenia bobasów i przesadne podkreślanie swoich umiejętności ich obsługi. Niektóre "wieprzki" otwarcie krytykują młode, niedoświadczone matki i starają się narzucić ich własne, "sprawdzone" metody, czym obniżają w kobietach poczucie własnej wartości i  oceny ich macierzyństwa. Popytałam wśród innych zaprzyjaźnionych mam i niemal każda twierdziła, że doświadczyła baby hogging'u. O dziwo najczęściej ze strony teściowej :) Ja osobiście dość często miewam z nim styczność, ale przy drugim dziecku już nie daję sobie w kaszę dmuchać, tzn. wyrywać dziecka z rąk przez obie zakochane w nim babcie. Grunt to określić granice i konsekwentnie wymagać ich respektowania, co z powodu częstej zależności od naszych rodziców może być trudne (każdy z nas czasami chce wyjść gdzieś bez dzieci i możliwość pozostawienia naszych skarbów pod opieką dziadków jest bezcenna).

No dobrze, ale czy są jakieś sprawdzone metody walki z "baby hogsami"? Szczerze? Tak i nie... Na jedne podziała spokojna rozmowa, na inne wpływ może wywrzeć nasz partner lub inny mediator. Dość często atmosfera oczyszcza się dopiero po karczemnej awanturze, a niekiedy jedynym ratunkiem jest ograniczenie wzajemnych kontaktów. Najważniejsze jest jednak to, by od samego początku nie dać sobie wejść na głowę i głośno tupać nogą, gdy tylko poczujemy, że postępowanie innych osób powoduje, że przestajemy się czuć pewnie w roli mamy. Niestety jeśli nie będziemy konsekwentne w wyrażaniu swoich odczuć związanych z nadmierną i przesadną "okupacją" naszych pociech, z czasem "wieprzki" przyzwyczajają się do naszej uległości i będą bardziej otwarcie demonstrować i podkreślać swoje umiejętności "matkowania" nieswoim dzieciom.

A teraz czas na Was i Wasze doświadczenia w powyższym temacie. Czy padliście ofiarą "wieprzka dziecięcego" i jeśli tak, jak udało się Wam rozwiązać problem jego nadmiernej zaborczości wobec Waszych maluchów?

Źródło zdjęcia: http://alphamom.com/


Koniecznie przeczytaj

8 komentarze

  1. Jejku, jakbym o sobie czytała... szkoda, że człowiek tego nie wie, zanim urodzi... Fajnie, że o tym napisałaś, bo wiedząc, że jest to popularne zjawisko i że nawet dorobiło się własnej nazwy pozwala mi poczuć się normalną kobietą, a nie tą jędzą, która nie chce, żeby teściowa wpadała do niej do domu codziennie i bez uprzedzenia...

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie na szczęście udało się wszystko wyjaśnić poprzez burzliwą rozmowę i parę dni złości. Ale w gruncie rzeczy nie było tak źle.

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Ach ta mama, teściowa i życie z nią to temat rzeka. Mogłabym książkę napisać o swojej;)

    OdpowiedzUsuń
  4. @Mamuśka Mylcia, ze mnie raz wylała się żółć i po kilku moich słowach prawdy wypowiedzianych na głos, teściowa z fochem wyszła z naszego domu. W sumie było mi to na rękę;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Skąd ja to znam. Mnie też irytuje zachowanie a zwłaszcza idiotyczne pomysły babć. Staram się babcie rozumieć, chcą dobrze, chcą być potrzebne, cieszą się maleństwem. Niestety nie zauważają cienkiej granicy, której nie powinny przekraczać. Ja mam na to prostą metodę: z moją mamą rozmawiam ja, z teściową żona. Oczywiście wcześniej rozmawiamy razem o tym, co nam się nie podoba, aby uniknąć przesady. Na razie wystarcza. Problem jednak istniał, istnieje i niestety będzie istniał :( Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  6. Grunt to szczerość. Ja swojej mamie mogę powiedzieć wszystko, co mi w jej zachowaniu nie odpowiada. Do teściowej nie mam takiej śmiałości, więc mój mąż bardzo często pełni rolę mediatora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, znam taką... W moim przypadku była to wszechwiedząca znajoma, według której wszystko robiłam źle. Mało tego! Z pełną premedytacją, głucha na jej rady, usiłowałam uśmiercić mojego maluszka. I to nic, że mój synek rozwijał się dobrze, zawsze był szczęśliwym niemowlaczkiem i sprawiał wrażenie zadowolonego z moich metod. To pewnie zwykły przypadek. Ona, jako matka dwójki dzieci wiedziała lepiej - robię źle. I to nic, że jej syn spał z rodzicami do 5 roku życia i płacze (obecnie prawie 8 lat) podczas zabawy z innymi dziećmi, bo się ich boi, a ona nie potrafi zwrócić uwagi swojej małej córeczce nawet wtedy, gdy próbuje ona wbić palec w oko mojego synka. To ja robię źle i to ja szkodzę mojemu dziecku. Mój sposób? Rezygnacja ze spotkań. Nie jestem masochistką, żeby spotykać się z kimś na kawkę wyłącznie po to, żeby się kłócić. Na szczęście to nie rodzina i mogłam tak zrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Borykam sie z tym problemem juz trzy miesiace... Razem z moim mezem mieszkamy u jego mamy... Zawsze byla do rany przyloz. Wymarzona tesciowa. Kiedy zaszlam w ciaze bardzo sie cieszyla, zostanie w koncu pierwszy raz babcia. Moja matka zostala nia po raz trzeci i delikatna obsesje ma na punkcie pierwszej wnuczki, wiec z nia na szczescie mnie to ominelo... Ale mojej mamie moglabym prosto z mostu powiedziec, a tu musze sie hamowac... Przed narodzinami syna wszystko bylo wspaniale. Obiecala mi tesciowka, ze absolutnie nie bedzie mi sie wtracac do dziecka, jedynie bedzie pomagac. Obiecanki cacanki, a w praktyce? W nocy mala plakala to wlatywala jak torynado do naszego pokoju i wyrywala mi dziecko z rak, po czym wychodzila z moim dzieckiem do siebie. Za kazdym razem czulam jakby ktos mi serce wyrwal. Po ktoryms razie powiedzialam, ze dam sobie rade i sama uspokoje syna. Ta stala nade mna, patrzac wzrokiem , jakby zabic chciala. Wyszla. Kiedy maly sie uspokoil przechodzilam przez salon, a ta lezala na kanapie ze lzamPow oczach. Do cholery to chore, ze nie dalam jej dziecka to od razu placz i obraza. Klotni bylo juz sporo bo w pewnym momencie chodzila i krytykowala wszystkie moje decyzje zwiazane z dzieckiem. Wszystko przy dziecku robie zle, jak zakladam pampersa to mi poprawia, bo jest niby zle zalozony... Madruje sie na temat zywienia mojego syna...Przyszlo dziecku mleko zmienic, bo mu nie sluzylo to od razu oburzona i po calym domu chodzila i na glos krytykowala. Zachowuje sie jak wariatka. Uwaza, ze tylko ona moze uspokoic moje dziecko, a ja zachowuje sie samolubnie, ze nie daje jej go kiedy placze. Kiedys zabrala nam go na noc i oddala w godzinach, kiedy akurat kolek dostal- pozniej walnela komemtarzem, ze u niej dziecko nie plakalo, wiec to z nami jest cos nie tak. Kiedys jeszcze byla sytuacja, ze synek nie spal caly dzien, bo go brzuszek bolal i do tego caly dzien ryku... Stwoerdzila, ze w ogole sie przy dziecku nie staramy, ze najlepiej odlozyc dziecko i zeby caly czas spalo i miec wyrabane. Przeciez dziecko pptrzebuje snu, bo wtedy sie rozwija- nawet lekarz to powoedzieal, ale madrzejsza jest od kazdego lekarza. Nieraz podsluchalam jak rozmawia z kolezanka przez telefon i mowi ze sie jak mama czuje, a nie jak babcia, ze jej podsylamy dziecko pod opieke...Po porodzie mialam dosc sporego baby blues'a i przez nia zaczelo to sie powolutku przeradzac w depresje... Na szczescie daje jakos rade

    OdpowiedzUsuń

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *