Zapachowe deja vu


Witajcie Kochani po Świętach. Nam Wielkanoc minęła potwornie szybko, intensywnie i satysfakcjonująco pod względem gastronomicznym i kulinarnym. Jedzenie było przepyszne, dzieciaki w miarę grzeczne, a goście dopisali. Jedynie pogoda lekko pokrzyżowała nasze plany. Lało przez całe dwa dni, a jak od dawien dawna wiadomo, w czasie deszczu dzieci się nudzą...

Dziś na szczęście obudziło nas przepiękne, wiosenne słońce i upał! Tak, upał. Na początku sądziłam, że może ktoś przez pomyłkę odkręcił w domu kaloryfery, a jednak nie! 23 stopnie C od samego rana. Szybkie śniadanie, lekkie ogarnięcie chałupy i już nas nie ma. I tak spacerowaliśmy sobie z moimi chłopakami po łódzkich ulicach inaugurując sezon lodowy, aż zmęczeni drogą usiedliśmy na chwilę na przystanku autobusowym.


Kuba był wniebowzięty, bo uwielbia wszystko, co ma koła, a Artur po prostu opalał się w cieniu;) W pewnym momencie koło nas usiadła pewna pani. I nie byłoby w tym nic dziwnego czy też zaskakującego, gdyby nie zapach jej perfum, który po prostu zbił mnie z nóg. Cytrusowy, świeży i bardzo znajomy. Nigdy wcześniej nie przeżyłam zapachowego deja vu. W jednym momencie przed oczami przeleciały mi dziesiątki obrazów z czasów liceum. Pierwsza lekcja w-fu i rozmowa w szatni z koleżanką, która była zdziwiona, że jeszcze nie golę nóg, dwie psiapsiółki z klasy, z którymi codziennie chodziłam po lekcjach do cukierni na "bułkę z glutem" - czyli drożdżówkę z budyniem, żarliwe dyskusje na temat "Ostrego Dyżuru" i nasze kolektywne wzdychania do młodego George'a Clooney'a, sprawdziany ze znajomości "Mitologii" Parandowskiego, które co tydzień organizowała nam pani od łaciny, mój kolega Michał, z którym od 6 lat nie mam żadnego kontaktu, itp, itd...

Całe to doświadczenie było zupełnie niespodziewane i niecodzienne. Czułam się tak jakbym na chwilę straciła przytomność i przeniosła się w czasie do tych lat szczenięcych, kiedy moim jedynym zmartwieniem było to, czy pani od historii nie zrobi kartkówki. I tak od paru godzin tkwię w tym życiu, które bezpowrotnie minęło i wspominam, przeglądam zdjęcia i zastanawiam się nad sensem wracania myślami do przeszłości. 

Ktoś mi ostatnio powiedział, że pierwsze oznaki Alzheimera mogą pojawić się już u osób 30-letnich. Mam nadzieję, że ten nagły wybuch sentymentalizmu nie jest oznaką choroby, a sygnałem do tego, by zakasać rękawy, wyciągnąć dłonie i chwytać z całych sił każdy dzień, który wciąż jest przed, a nie za nami. A może czas wykonać kilka telefonów do dawno niewidzianych znajomych? 

PS A perfumy, który uruchomiły u mnie lawinę wspomnień, były podobne do zapachu dezodorantu Impulse O2, który w latach 90-tych cieszył się wielką popularnością wśród młodych kobiet. On sam nie jest już w Polsce w sprzedaży (a przynajmniej nigdzie go nie widziałam), ale dla tych, którzy bardziej go kojarzą z wyglądu niż z zapachu, powyżej wrzuciłam znalezione w sieci zdjęcie i poniżej starą reklamę, której częstotliwość emisji w telewizji była porównywalna z dzisiejszymi spotami suplementów diety razem wziętymi. Pamiętacie? 


Podróż samochodem z niemowlakiem i przedszkolakiem.

podróż, samochód, niemowlak, przedszkolak












Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie każdy większy wyjazd jest operacją logistyczną na skalę porównywalną z przeniesieniem stolicy z Krakowa do Warszawy. Tony ubrań, zabawek, dzieciowego sprzętu elektronicznego, kosmetyków, jedzenia czy leków muszą być zapakowane do tych kilkunastu toreb i walizek, które każdorazowo zabieramy w podróż...

Najśmieszniejsze jest to, że szykując się do powrotu do domu, ilość rzeczy w magiczny sposób podwaja się i okazuje się, że nie ma na nie miejsca w walizkach. I pojawiają się nerwy. Bo suwaki w torbach same się rozpinają pod naporem poupychanych w nich przedmiotów, bo auto nie ma ścian z gumy, a oprócz bagażu musi pomieścić dwóch dorosłych, dwoje dzieci i sporego psa, bo każdy z moich chłopców nagle ma z czymś jakiś problem - jeden z upuszczonym ciasteczkiem, drugi z niedziałającą grą, trzeci (najstarszy;) z niedomykającą się klapą bagażnika. I oczywiście telefon... Pani z banku kolejny raz chce namówić mnie na zakup ubezpieczenia od pogryzienia sąsiada (przez psa, of koz;), a nieposiadająca rodziny i żyjąca w innym niż ja świecie koleżanka oddzwania po tygodniu czasu, chociaż sama nie odebrała 3 moich telefonów, z pretensjami dlaczego tak rzadko się odzywam...

Krzyki, piski, szczekanie psa i ja w środku tego chaosu. I jak tu nie zwariować i sprawić, że rodzinna podróż samochodem będzie przyjemnością a nie niemiłym obowiązkiem? Mam na to kilka sposobów, które wypracowaliśmy przez lata wspólnych wojaży. Oto one:


PAKOWANIE

1. Stwórz z wyprzedzeniem listę rzeczy, które zabierzesz dla siebie i dzieci. Dzięki temu będziesz mieć pewność, że o niczym nie zapomniałaś i że nie zabierasz rzeczy niepotrzebnych.

2. Swoje ubrania pakuj z podziałem na gotowe zestawy

3. Dla niemowląt i małych dzieci zabierz dodatkowe sztuki bielizny (body, majteczki), bo tych nigdy nie za wiele.

4. Układając rzeczy w walizce, przestrzenie pomiędzy większymi częściami garderoby zapełniaj tymi o mniejszych gabarytach. Nie ma nic gorszego niż przewożenie powietrza.

5. Przygotuj oddzielną torbę z ubraniami do założenia w nagłych wypadkach np. gdy dziecko poleje się sokiem lub gdy jego pielucha przecieknie i zabierz ją do środka. Wierz mi, przekopywanie góry walizek w poszukiwaniu czystego T-shirtu lub suchych rajstop może być trudne przy ciasno zapakowanym bagażniku. Do auta zabierz ze sobą również podstawowy zestaw leków, pieluszek i chusteczek nawilżanych. My także uwielbiamy kieszonkowe wersje żeli przeciwbakteryjnych do mycia rąk bez użycia wody.

5. Przygotuj na drogę dużo napojów (raczej unikaj soczków w kartoniku, bo łatwo o ich rozlanie) i lekkie przekąski (daruj sobie jogurty, czekolady i soczyste owoce,), a dla niemowląt przegotowaną wodę w termosie lub gotowe mleko w chroniącej przed wystygnięciem termotorbie. W sprzedaży dostępne są również przenośne podgrzewacze do butelek, które wystarczy podłączyć do gniazda zapalniczki i voila!

6. Nie zapomnij o aparacie fotograficznym. Pierwsza, dłuższa podróż samochodem powinna zostać uwieczniona na zdjęciu, nawet jeśli wszyscy będziecie mieć na niem skwaszone miny. 

7. Na wszelki wypadek lepiej mieć w samochodzie: latarkę, nożyczki, ciepłe koce, numer do pomocy drogowej.

PODRÓŻ

1. Przed wyjazdem sprawdź stan techniczny samochodu, by mieć pewność, że wyruszacie w drogę sprawnym pojazdem.

2. Myślę, że wszyscy rodzice wiedzą, że dzieci należy przewozić tylko i wyłącznie w specjalnych, odpowiednio dopasowanych do wieku i wagi użytkownika fotelikach samochodowych. Nawet jeśli jeździmy autem po własnym podwórku.

3. Podróżując z niemowlętami i małymi dziećmi, rób przerwy na "rozprostowanie nóg" co 2-3 godziny.

4. Zaplanuj z wyprzedzeniem miejsca postojów, posiłków i zmian pieluch.

5. Przed jazdą zaopatrz się w zestaw podróżo-umilaczy. U nas od wielu lat świetnie sprawdza się przenośny odtwarzacz DVD z bajkami, zagadki Czuczu, książeczki z naklejkami, gry na telefonie, a ostatnio także audiobooki na CD. Młodszego syna zabawiamy zabawkami doczepianymi do pałąku fotelika samochodowego, gryzakami, maskotkami-pozytywkami i książeczkami z kolorowymi (a wcześniej z kontrastowymi) obrazkami.  

6. Staraj się podróżować w czasie drzemki dziecka. Unikniesz jego znudzenia i marudzenia z powodu ograniczonych przez fotelik i pasy ruchów.

7. By dotrzymać towarzystwa maluchowi lub zapobiec braterskim zaczepkom, w miarę możliwości postaraj się podróżować na tylnym siedzeniu.

8. Zaopatrz się w osłony przeciwsłoneczne przyczepiane do szyby samochodowej. Dzięki nim unikniesz narzekania swych bąbli z powodu słońca świecącego im w oczy i niepotrzebnych przystanków, by je przed nim zakryć.

9. Jeśli Twój smyk używa smoczek, kup specjalny łańcuszek, który przyczepiony do ubranka dziecka zapobiegnie przed wydostaniem się  "pocieszyciela" spoza zasięgu małego ssaka. 

10. Wielkim przyjacielem każdej podróżującej samochodem rodziny jest rolka papierowych ręczników. Nie tylko wchłonie rozlane napoje, ale także posłuży za śliniak czy tacę na obierki.

11. Wyluzuj! Podróż z jednym dzieckiem jest wyzwaniem, a co dopiero jazda autem z dwoma nadaktywnymi maluchami. Twoje nerwy i stres mogą bardzo łatwo udzielić się pozostałym członkom rodziny i popsuć całą frajdę z wyjazdu. Z własnego doświadczenia mogę polecić głębokie oddychanie.  Dla nie-kierowców ziołowe tabletki uspokajające, herbatkę z melisy i radio z muzyką klasyczną, które hurtowo ukoi zszargane nerwy wszystkich członków Twojej rodziny. A dla odreagowania stresu po podróży, polecam tę stronę: KLIK

Jestem przekonana, że powyższe rady nie wyczerpują tematu. A jakie są Wasze sposoby na spokojne podróżowanie samochodem z dziećmi?

PS Wracam z nowym postem w przyszły wtorek, więc już teraz życzę Wam Wesołych Świąt!



Tydzień w mieście rodzinnym

Witajcie Kochani po prawie tygodniowej przerwie. Shame on me, ale mimo szczerych chęci nie przygotowałam sobie postów z wyprzedzeniem, chociaż podobno każdy aspirujący bloger powinien to robić, by czytelnicy o nim nie zapomnieli... 

Co u nas? W niedzielę spakowałam moich chłopaków, siebie i naszego psa Gumisia i wyemigrowaliśmy na ponad tydzień do mojej mamy do jednej z podłódzkich miejscowości. W Łodzi i okolicach na dobre zadomowiła się wiosna, więc stwierdziliśmy z Szanownym, że szkoda byłoby marnować dobrą pogodę na siedzenie w mieście, a i babcia będzie miała okazję spędzić więcej czasu z wnukami. A ci ostatnio dają mi tak do wiwatu, że po całym dniu wypełnionym ich krzykami i nawet pierwszymi bójkami (sic!), padam z nóg i zasypiam w tempie ekspresowym. Czasami szybciej niż oni :) 

A mój blog, poza kilkoma kosmetycznymi zmianami, leży i kwiczy. Kłii, kłii :) By naprawić swój błąd, postanowiłam stworzyć i używać mój własny kalendarz wydawniczy. O jego niebywałych zaletach przekonałam się dawno temu, gdy w mojej firmie zajmowałam się redagowaniem czasopisma wewnętrznego dla pracowników. Wtedy do zaplanowania tematów artykułów, które miały się znaleźć w danym numerze, używałam zwykłej tablicy korkowej. Za pomocą tasiemki podzieliłam ją na sekcje, w których umieszczałam spisane na karteczkach propozycje tematów. Tym razem myślę o użyciu papierowej wersji kalendarza lub czegoś zajmującego mniej miejsca niż tablica. Zobaczymy... Jakieś pomysły?

Uciekam zatem, bo mój Arturo już się obudził i daje znać, że koniec mojej półgodzinnej przerwy:) Kawa wypita, post napisany, czas wrócić do domowego kieratu ;) Pozdrawiam wiosennie i do kolejnego posta!

PS A tak z czystej ciekawości, czy planujecie swoje posty z wyprzedzeniem, czy raczej idziecie na żywioł?





Czy wyszłabyś ze swoim dzieckiem na spacer na smyczy?

dziecko na smyczy, prowadzenie dziecka na smyczy

O tym, że dzieci lubią uciekać w najmniej oczekiwanych momentach i miejscach przekonał się niejeden rodzic. Zatłoczone centra handlowe, stacje kolejowe czy lotniska spędzają sen z powiek mamom i tatom małych uciekinierów. A jeśli takich hiperaktywnych gagatków jest dwóch lub trzech, ich opiekun staje przed nierozstrzygalnym dylematem - za którym dzieckiem biec w pierwszej kolejności...

Gdy za czasów studenckich dużo czasu spędzałam w Wielkiej Brytanii, zauważyłam, że wiele matek używało do ogarnięcia swojego dopiero co uczącego się chodzić jak i starszego przychówku smyczo-puszorko-podobnych uprzęży, które zakładało maluchom na ramiona, a do których doczepiony był pasek, za który prowadziły obok siebie dziecko lub kilkoro dzieci! Muszę przyznać, że na początku wyglądało to dla mnie dziwnie i uwłaczająco ludzkiej godności. Chcąc nie chcąc przywoływało skojarzenia z wyprowadzaniem psa na spacer na smyczy. Ale z drugiej strony, ludzie zakładają psom smycze w dobrej intencji: by zapobiec ich ucieczce, wpadnięciem pod koła samochodów lub przed pogryzieniem przechodniów. W przypadku małych dzieci, które wprost uwielbiają uciekać swoim rodzicom w najmniej oczekiwanych momentach i najbardziej zatłoczonych i niebezpiecznych miejscach, powody dla których niektóre matki stosują owe "smycze" są w sumie takie same (może poza tym ostatnim).

W Polsce jak dotąd nie spotkałam się z podobnym zjawiskiem "wyprowadzania dzieci na spacer na smyczy", ale sądzę, że ta moda może zostać przywieziona do naszego kraju w walizkach naszych rodaków żyjących w USA czy UK. Na niektórych serwisach aukcyjnych są już dostępne smyczo-plecaczki i szelki połączone ze smyczą, które, z tego co widzę, cieszą się sporym zainteresowaniem kupujących. 


Ja osobiście mam mieszane uczucia. Z jednej strony doskonale wiem jak trudno jest spacerować po mieście z pełnym energii i ciekawym świata 4,5-latkiem i niemowlęciem w wózku i czasami z chęcią przywiązałabym mojego Kubę do siebie, byle tylko szedł przy mnie i nie oddalał się bez mojej zgody. Z drugiej strony, to zadaniem rodziców jest rozmawiać z dzieckiem i uczyć je co wolno, a czego nie wolno robić w miejscach publicznych i jakie zachowania mogą narazić je na wielkie niebezpieczeństwo.

A co Wy sądzicie na ten temat? Jesteście za czy przeciw okiełznywaniu rozbieganych malców za pomocą uprzęży ze smyczą? Może ktoś z Was już jej używa lub zna kogoś, kto to robi? Jeśli tak, z jaką reakcją otoczenia się spotykacie? 

Źródło zdjęcia: babble.com, http://erinhasthoughts.com/

Garść domo-inspiracji: spiżarnia

Moja babcia zwykła mawiać, że prawdziwą panią domu poznaje się po wykrochmalonej pościeli i dobrze zaopatrzonej spiżarni. Jej pościel, którą dostała w posagu od swojej mamy, zawsze zachwycała wszystkich swoją świeżością i tą charakterystyczną krochmalową sztywnością. 

Spiżarnia, która tak naprawdę była niewielką piwniczką stojącą nieopodal domu, była przedmiotem zazdrości gorzej zorganizowanych sąsiadek. To był mały skarbiec mojej babiczki, w którym półki uginały się pod ciężarem słojów z rozmaitymi przetworami, butelkami z sokiem z czarnej porzeczki i malin, koszykami pełnymi orzechów i jabłek z przydomowego ogródka oraz workami mąki i niezmielonego zboża. Jako dziecko często byłam wysyłana przez babcię do jej magicznego składzika po różne produkty do przygotowywanych przez nią dań i to były chwile przepełnione radością pomieszaną ze strachem, że ktoś mnie w nim zamknie i zjedzą mnie myszy lub pająki.

W naszym mieszkaniu funkcję spiżarni pełni spora szafka i duża szuflada. Jednak w naszym wymarzonym domu nie mogłoby zabraknąć spiżarni z prawdziwego zdarzenia, w której składowałabym zapasy produktów spożywczych, rzadziej używane sprzęty AGD, naczynia oraz kolekcjonowane przeze mnie książki kucharskie. 

Poniżej znajdziecie kilkanaście zdjęć przedstawiających mniejsze i większe spiżarnie. Urzekły mnie w nich doskonale przemyślane systemy szafek, półek i szuflad, dzięki którym każdy centymetr dostępnej przestrzeni został wykorzystany. Na szczególne uznanie zasługują szafy z półkami na drzwiach, które doskonale sprawdziłyby się w naszych blokowych realiach. 






























Żródło zdjęć: houzz.com

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *