"Marchwianka" - stary i skuteczny sposób na biegunkę.

marchwianka, biegunka, przepis na marchwiankę, marchew, Moro, odwodnienie, wymioty, zupa z marchwi, pektyny,











                                                                                                                                  Witajcie Kochani! Na początku mojej "blogowej kariery" obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy, nie opublikuję posta "o zupce i kupce", ale niniejszym łamię swoje postanowienie - z pełną świadomością konsekwencji tego czynu. 


Biegunka. Większość mam przynajmniej raz musiała stawić czoła tej niebezpiecznej przypadłości dotykającej dorosłych i dzieci.

Biegunka może być efektem m.in. niestrawności lub przejedzenia. Wtedy szybko mija po zastosowaniu krótkotrwałej diety. 

U dzieci biegunka jest jednak najczęściej efektem zakażenia układu pokarmowego przez bakterie lub wirusy. W jej przebiegu dziecko oddaje częste, wodniste stolce zawierające dużo śluzu, a czasem nawet krew, a temperatura ciała podnosi się. 

Rodzicu! 

Jeśli powyższe objawy występują u Twojego dziecka, natychmiast pędź z nim do lekarza!


Jeśli biegunce towarzyszą wymioty, sprawa wygląda jeszcze bardziej niebezpiecznie, gdyż nadmierna utrata płynów grozi odwodnieniem, co w przypadku małych dzieci może doprowadzić nawet do ich śmierci. Dlatego, nie zwlekaj i nie próbuj leczyć dziecka na własną rękę lub czekać, aż samo przejdzie, tylko wzywaj fachową pomoc medyczną lub szybko zawieź chore dziecko do poradni lub szpitala.

Kilka dni temu mojego Artura dopadła biegunka. Nasz pediatra, po zbadaniu malucha, zapisał mu szereg leków plus zalecił kilkudniową, lekkostrawną dietę opartą na "marchwiance".

KILKA FAKTÓW
  • Nie wiem czy wiecie, ale przepis na tę prostą zupkę został po raz pierwszy opracowany na początku XX wieku przez austriackiego pediatrę Ernsta Moro (tego od odruchu Moro), który za jej pomocą uratował setki małych istnień, gdyż w tamtych czasach biegunka była jedną z najbardziej niebezpiecznych chorób wieku dziecięcego.  
  • Marchwianka już od ponad 100 lat jest stosowana przez matki na całym świecie w terapii biegunki, gdyż dzięki zawartym w marchwi pektynom, działa łagodząco na błonę śluzową jelit i wspomaga usuwanie toksyn z przewodu pokarmowego.  
  • Ta prosta i tania zupa z marchwi przeciwdziała odwodnieniu i uzupełnia uszczuplone zapasy tak ważnych dla organizmu pierwiastków jakimi są sód, potas, wapń, fosfor, miedź oraz magnez.

W internecie znajdziecie dziesiątki przepisów na marchwiankę, jednak większość z nich nie przekonała mnie do siebie ze względu na dodatkowe składniki, które w nich proponowano - tj. masło, cukier, vegeta, a nawet kostka rosołowa... 

Postanowiłam pójść do źródeł i po przeszukaniu kilkunastu poradników o opiece nad dziećmi, w końcu trafiłam na poniższy przepis. Zaczerpnęłam go z ponad 30-letniej książki "Pomoc w nagłych wypadkach u dzieci", której autorem jest Aleksy Pytel


SKŁADNIKI

  • 0,5 kg marchwi 
  • 1 l wody 

PRZYGOTOWANIE

Marchew obieramy i kroimy w krążki odrzucając zzieleniałe końcówki. Płuczemy.

marchwianka, biegunka, przepis na marchwiankę, marchew, Moro, odwodnienie, wymioty, zupa z marchwi, pektyny,











marchwianka, biegunka, przepis na marchwiankę, marchew, Moro, odwodnienie, wymioty, zupa z marchwi, pektyny,

marchwianka, biegunka, przepis na marchwiankę, marchew, Moro, odwodnienie, wymioty, zupa z marchwi, pektyny,
























I tu mamy dwie możliwości:

OPCJA 1: Gotujemy 0,5 kg marchwi w 1 litrze wody. Miękką marchew wyjmujemy, a dziecku podajemy do picia sam wywar.

OPCJA 2 (LEPSZA): Gotujemy 0,5 kg marchwi w 1 litrze wody. 

marchwianka, biegunka, przepis na marchwiankę, marchew, Moro, odwodnienie, wymioty, zupa z marchwi, pektyny,


Dobrze rozgotowaną marchew rozdrabniamy za pomocą blendera lub przecieramy przez sitko i mieszamy z wodą, w której się gotowała. 



Z podanej ilości składników otrzymamy ok. 1 litr zawiesiny marchwiowej, którą podajemy dziecku za pomocą łyżeczki lub butelki z większą dziurką.



W oryginalnym przepisie doktora Moro jednym ze składników była sól - na 0,5 kg marchwi i 1 l wody - 3 gramy (sól zatrzymuje wodę w organizmie i jest źródłem elektrolitów). Ja jednak trzymałam się wytycznych znalezionych we wspomnianym wyżej poradniku.

Ja mojemu Arturowi w pierwszym dniu diety zaserwowałam marchwiankę 3 razy, zastępując nią drugie śniadanie, obiad i podwieczorek. 

W drugim dniu również spożywał ją 3 razy, z czego do obiadowej i podwieczorkowej porcji zupy dodałam niewielką ilość ugotowanego ryżu (biegunka prawie minęła i maluchowi wrócił apetyt). 

Na koniec chciałabym podkreślić, iż tę zupkę podałam dziecku, które ma ponad 6 miesięcy i zrobiłam to na wyraźne zalecenie lekarza

Miłego dnia,
Ania

Na których mediach społecznościowych grasuje "Matka Pracująca".



No i mamy jesień... Nie wiadomo kiedy, lato zwinęło swoje manatki i ulotniło się z Łodzi po angielsku. A wraz z nadejściem nowej pory roku, nadszedł czas na nową odsłonę mojego bloga, jak i na ujawnienie, gdzież to jeszcze grasuję w wolnych chwilach...


FACEBOOK


www.facebook.pl/matkapracujaca


Facebooka można albo kochać albo nienawidzić. Wśród moich znajomych znalazłam tylko dwie osoby, które nie mają na nim swojego profilu. To samo tyczy się blogów. Niemal każdy bloger czy blogerka spędza na Fejsie tyle samo czasu co na pisaniu postów, ponieważ, czego by o nim nie napisać, Facebook jest jedną z lepszych platform, dzięki którym możemy dotrzeć do szerokiego grona czytelników.



TWITTER



Uwielbiam Twittera. Moje pierwsze konto założyłam w maju 2010 i dzięki niemu poznałam cudownych ludzi z całego świata. "Matka Pracująca" już dawno zadomowiła się na Twitterze i nie wyobraża sobie codziennej porannej kawy bez sprawdzenia co słychać u moich "Tweeps" i cóż nowego na ich blogach. Nie wiem czy wiecie, ale Twitter jest super platformą do promowania Waszych postów.


INSTAGRAM

Instagram


I'm loving it!!! Mam totalną i niekontrolowaną obsesję na punkcie Instagrama i dziwię się, że jest jeszcze wiele osób, które o nim nigdy nie słyszały lub nigdy nie wrzuciły nań swoich zdjęć. Od niego zaczynam i kończę swój dzień. To właśnie na Instagramie zamieszczam nasze najnowsze fotki i z chęcią zaglądam do tych cykniętych przez bardziej lub mniej znane osoby.


PINTEREST



Niekończące się źródło inspiracji. Od przepisów kulinarnych, których nie znajdziecie w żadnej książce kucharskiej, po zdjęcia gwiazd i pomysły na urządzenie nietuzinkowych przyjęć urodzinowych. Ja najchętniej wchodzę na Pinterest w poszukiwaniu ciekawych projektów DIY oraz pomysłów na aranżacje wnętrz. W USA, Pinterest jest jedną z najbardziej popularnych platform używanych przez blogujące mamy do pozyskiwania nowych czytelników, nawiązywania ciekawych kontaktów biznesowych oraz do zdobywania pomysłów na nowe posty. 


SMILE MOM

User ID: Anna M

http://webdesignpix.com/













Mój najnowszy nabytek - aplikacja społecznościowa na smartfony dla mam, które chciałyby nawiązać kontakt z innymi mamami mieszkającymi w ich okolicy lub mającymi dzieci w podobnym wieku. Szukasz "wózkowej koleżanki"? Załóż konto na "Smile Mom". 


Na koniec, serdecznie zachęcam do obserwowania "Matki Pracującej" na powyższych platformach. Jeśli jesteś użytkownikiem którejkolwiek z nich, zostaw na siebie namiary w komentarzu. Zajrzę do Ciebie na 100%:)

Z jesiennymi pozdrowieniami,
Ania

Zmiany! Zmiany! Zmiany!




Moi Drodzy Czytelnicy! Jak już pewnie zauważyliście, mój blog od momentu jego powstania przeżywał wzloty i upadki. Po początkowym zachłyśnięciu się blogowaniem, przyszedł taki moment, że nie mogłam patrzeć na komputer i nosiłam się z myślą, by porzucić to całe blogowanie w cholerę...

Po wielomiesięcznej przerwie, którą zafundowałam sobie w maju, kiedy to problemy osobiste przysłoniły mi zupełnie cały świat i poniekąd spowodowały totalną blokadę twórczą, postanowiłam wrócić. I co najważniejsze na dłużej :) 

Jak każdy początkujący bloger poszukiwałam swojego miejsca w wirtualnym wszechświecie i tak naprawdę trudno mi było określić, po której stronie barykady stoję i do której szufladki powinien trafić mój wirtualny notatnik. Wszelkie poradniki blogowania radzą, by znaleźć dla siebie "niszę", jednak ja takowej nie znalazłam. Nie czułam się w 100% blogerką parentingową, bo chociaż tematyka dziecięca jest mi bliska, to jednak nie leży wyłącznie w strefie moich zainteresowań. Trudno było mnie nazwać blogerką kulinarną, ponieważ na co dzień gotuję typowe potrawy "rodzinne" - jednogarnkowe lub takie, których nadmiar można zamrozić, by mieć dzień lub dwa wolnego od garów. Nie jestem też blogerką modową, bo chociaż lubię fajnie ubrać siebie i moich synów, to na bieganie po realnych i wirtualnych sklepach w poszukiwaniu "smacznych kąsków" ciuchowych, mimo szczerych chęci, nie mam zbyt wiele czasu. 

I tak siedziałam i myślałam, aż w końcu dotarło do mnie to, co jest najbardziej oczywiste.

Jestem matką i jestem pracownikiem. 
Czyli...
Jestem matką pracującą!
 

Jestem matką pracującą, która na co dzień musi wykonywać po minimum 10 rzeczy na raz - bawić się z dziećmi, wycierać im zagilałe nosy i zmieniać brudne pieluchy, gotować obiad, rozwieszać pranie i sprzątać niekończący się bałagan. Dodatkowo zarabiać na życie, dokształcać się oraz pielęgnować więzy małżeńskie. Do tego dochodzą spotkania z rodziną i znajomymi, działanie w radzie rodziców oraz moje własne pasje - fotografia i blogowanie. 

Jestem matką pracującą, która musi się specjalizować w wykonywaniu setki różnych obowiązków. Od opatrywania kuku do wiercenia dziur w ścianie na obrazki moich chłopców. Stąd też, od dziś, mój blog z "Annability" zmienia swoją nazwę na "Matka Pracująca", bo to właśnie ona w pełni oddaje to, kim jest nijaka Anna Michalska. A jest przede wszystkim Mamą, która niniejszym  postem przyszywa sobie oficjalną łatkę " Mommy Blogger":)

Chwilowo adres bloga pozostaje bez zmian, ale kto wie? Może w przyszłości pójdę o krok dalej? 

A o tym , gdzie jeszcze grasuję w sieci, napiszę w kolejnym poście. 

Słonecznego weekendu, 

Ania vel Matka Pracująca 

Niewidzialna półka - niebanalny sposób na wyeksponowanie domowego księgozbioru.


niewidzialna półka, książki, regał, annability

"Dom bez książek jest jak ciało bez ducha" zwykł mawiać starożytny mistrz sztuki oratorskiej - Cyceron i wielu z nas wzięło sobie tę sentencję do serca. Ja aż za bardzo. Kocham wizyty w księgarniach i z chęcią nabyłabym 99% znajdujących się w nich pozycji...

Niestety tak jak większość młodych małżeństw mieszkam w bloku i z powodu ograniczeń wynikających z powierzchni naszego lokum każde pomieszczenie musi pełnić przynajmniej po kilka rożnych funkcji. Stąd salon jest dla nas sypialnią, pokojem gościnnym, bawialnią dla dzieci, jadalnią oraz domowym biurem. Przedpokój stał się miejscem do spania dla naszego psa, łazienka pralnią i suszarnią, a pokój dzieci, który wcześniej był naszą sypialnią, pełni często funkcje gościnne w czasie pobytu innych członków naszej rodziny. 

Wracając do tematu książek. Po 4 latach uzbierała nam się ich niezła kolekcja. Od typowych czytadeł po grube, ilustrowane albumy i poradniki. Co prawda część starszego zbioru udało nam się wywieźć do domku na wsi, gdzie stworzyliśmy sobie niezłą bibliotekę (będzie post i o niej), ale większość pozostała w Łodzi i z braku miejsca na regałach jak i przestrzeni na kolejne półki, wylądowała w zasięgu odnóży mojego młodszego bąbla. I tu pojawił się problem. Gdzie ukryć nasze książki przed małym "Człowiekiem- Demolką"?
niewidzialna półka, książki, regał, annability

I tu na pomoc przyszedł nam Internet. Zakup tradycyjnej szafki lub półki na książki był wykluczony. Na szczęście trafiliśmy na coś innego. Na "niewidzialną półkę". Co kryje się za tą nazwą? Otóż jest to nic innego tylko kawałek przyciętej i odpowiednio wyprofilowanej stali, którą należy przytwierdzić do ściany za pomocą trzech dołączonych do zestawu kołków.

niewidzialna półka, książki, regał, annability

Sama półka nie wygląda zbyt imponująco (moja ma kolor stali, ale dostępne są również białe i czarne), ale nie jest to problemem, ponieważ nie jest widoczna po obłożeniu jej książkami.  

Ja na swój niewidoczny regał wybrałam miejsce pomiędzy salonem a aneksem kuchennym, gdzie najczęściej piszę niniejszego bloga:). Kilka wierceń wiertarką i voila. Półka przytwierdzona.

niewidzialna półka, książki, regał, annability

Zapewne jesteście ciekawi na czym polega fenomen "niewidzialnej półki" i w jaki sposób układać na niej książki. Otóż, jako pierwszy, który jednocześnie będzie pełnić funkcję podstawy, należy wybrać najlepiej dość duży album o sztywnej okładce. 

niewidzialna półka, książki, regał, annability
Prostopadłe do ściany ramię półki wkładamy pomiędzy okładkę a resztę książki.

niewidzialna półka, książki, regał, annability



























Wypustka znajdująca się w dolnej części półki przytrzymuje okładkę i zapobiega przed jej opadnięciem.  

niewidzialna półka, książki, regał, annability
Gdy podstawę mamy już gotową, możemy na niej układać od 6 do 12 kg książek (w zależności od producenta półki).


Efekt jest niesamowity. Książki wyglądają jakby unosiły się w powietrzu, a jednocześnie są świetnie wyeksponowane. 

niewidzialna półka, książki, regał, annability
Dla mnie największymi zaletami "niewidzialnych półek" jest ich lekkość, łatwość montażu, nowoczesny wygląd, a przede wszystkim kompaktowość. W przeciwieństwie do typowych regałów, zajmują mało miejsca i nie sprawiają wrażenia "zagracenia" mieszkania. 

niewidzialna półka, książki, regał, annability
"Niewidzialne półki" są dostępne w przystępnych cenach na serwisach aukcyjnych, ale jeśli ktoś jest w posiadaniu odpowiedniego sprzętu, może wykonać je w dość prosty sposób samodzielnie.

niewidzialna półka, książki, regał, annability
Co sądzicie o takim rozwiązaniu? A może macie inne sposoby na ciekawe przechowywanie Waszych księgozbiorów?

Miłego dnia,
Ania

"Ach, mój Ty cukiereczku", czyli okolicznościowy post z okazji naszej cukrowej rocznicy ślubu.


Niemal 6 lat temu, 13 września 2008 roku, wypowiedziałam sakramentalne "TAK" facetowi, który po naszej pierwszej randce zapadł się pod ziemię na długich 6 miesięcy. Nie odbierał telefonu, nie pisał na "Giegie", unikał miejsc, w których mógłby mnie spotkać...

Na szczęście w naszym przypadku kiepski początek był zapowiedzią niezłego związku. Określam go "niezłym" z czystej przezorności, by za jakieś pół roku nie wypłakiwać się na blogu z powodu mych małżeńskich kłopotów. Niektórzy bardziej przesądni mówią, że to właśnie 7 rok po ślubie jest tym najtrudniejszym, czyli należałoby się spodziewać u nas jakiegoś większego kryzysu. Z tą wiedzą od niedzieli porzucam flanelowe piżamy na rzecz fikuśnych fatałaszków, przestaję zrzędzić, że za mało robi w domu i rozrzuca brudne skarpety i, tak jak jak Rysia z "Killera", zaczynam zachwycać się jego pekaesami;)

Bycie częścią składową tworu potocznie zwanego "małżeństwem" nie jest łatwe, o czym świadczy ogromna ilość rozwodów wśród par będących na samym początku wspólnej drogi. Z danych GUS wynika, że w 2013 roku na rozwód zdecydowało się ponad 66 tysięcy par, a o 22 tysiące zmalała ilość zawieranych małżeństw. 

By nie stać się jednym z tych licznych, rozwiedzionych małżeństw, chodzimy co prawda na kursy przedmałżeńskie, czytamy książki o tym, jak być żoną idealną i zakuwamy na pamięć słowa przysięgi, że się nie opuścimy aż do śmierci wierząc, że są one gwarancją trwałości naszego związku. Co ciekawe, w USA Katolicy dodatkowo przysięgają sobie trwanie przy sobie w dobrych i złych czasach, w chorobie i w zdrowiu, jednak czy będąc wciąż pod urokiem drugiej połówki ludzie stojący u progu przejścia na małżeńską stronę mocy choć przez chwilę zastanawiają się, jak ukształtują się ich relacje, gdy nie będą mogli mieć razem dzieci lub gdy któreś z nich poważniej zachoruje lub straci pracę? 

Takie i inne wyzwania stawia przed nami, małżonkami, dzisiejszy świat i dlatego uważam, że warto pocałować o jedną żabę więcej, by w końcu trafić na księciunia na białym koniu, który nie nosi przy sobie miecza w ramach dbania o własny księciuniowy look, ale potrafi nim walczyć z największymi, życiowymi potworami. 

Kończąc ten przydługi wstęp zapraszam do rzucenia okiem na kilka fotek, na których uwieczniony został ten cudowny, tak długo wyczekiwany przeze mnie dzień. I życzę sobie bym nigdy, ale to nigdy nie żałowała decyzji, którą podjęłam 6 lat temu.

Miłego weekendu,
Ania































Rozwijaj się, mamo!


Zawsze lubiłam się uczyć. Nigdy nie robiłam tego dla ocen i splendoru unoszącego się wokół klasowych prymusów, ale dla siebie samej - z ciekawości świata i procesów w nim zachodzących i dla zaspokojenia wewnętrznej potrzeby ciągłego ulepszania swojego umysłu. 

Okres studiów minął mi w tempie ekspresowym. Być może dlatego, że pięć lat pobytu na uczelni było czasem wykorzystanym w 100% na naukę i pracę. I na życie studenckie, of koz. Każdy dzień był wypełniony nauką, czytaniem lektur na zajęcia z literatury amerykańskiej i angielskiej (pochłanianie dwóch książek na tydzień było normą, dziś dwie na miesiąc jest nie lada sukcesem;), pisaniem prac, bieganiem do biblioteki, udzielaniem korepetycji, wykonywaniem tłumaczeń i działaniem w kołach naukowych. Nie miałam czasu się nudzić i byłam mega szczęśliwa, że z każdym dniem moja wiedza jest coraz większa. 

Przed obroną.

Czekając na swoją kolej. Humor dopisuje:)

Po obronie. Juppii, zostałam magazynierem;)
Nigdy nie czułam się bardziej zagubiona niż po obronie pracy magisterskiej. Pierwszy dzień "wolności" był najgorszy. Dziwne było to, że nie muszę nigdzie biec, niczego kserować na zajęcia czy zakuwać do kolokwium. Byłam magistrem, co dla niektórych jest wystarczającym powodem do definitywnego zakończenia własnej edukacji. Ale nie dla mnie. Dość szybko znalazłam pracę, w której, ku mojemu zadowoleniu, miałam możliwość zdobywania nowych kwalifikacji oraz zastosowania w praktyce tych nabytych w czasie studiów. Byłam w naukowym niebie. Aż nadszedł czas, w którym moje własne potrzeby samodoskonalenia musiały zostać odsunięte na dalszy plan. Musiały, ponieważ tego ode mnie oczekiwano, a właściwie oczekiwało tego starsze pokolenie. Wręcz żądali ode mnie skupienia mej uwagi jednie na dziecku i domu. A ja miałam 27 lat i marzyłam o jednym wieczorze w tygodniu, który mogłabym spędzić na kursie językowym lub studiach podyplomowych. Niestety wtedy poddałam się presji otoczenia przywalona naporem negatywnych słów i krytyki co do moich planów zawodowych i rozwojowych. Na szczęście wypracowałam na własne potrzeby pewne sposoby, dzięki którym nie osiadłam na laurach i przez półtora roku pobytu w domu udało mi się wyszlifować znajomość języka hiszpańskiego do dość przyzwoitego poziomu jak również zagadnień dotyczących handlu międzynarodowego i negocjacji, którymi zajmuję się na co dzień w pracy.

Ostatnio sytuacja powtórzyła się. Już od ponad trzynastu miesięcy jestem mamą po raz drugi i za jakieś pół roku wrócę do pracy. Wrócę, bo chcę. Wrócę, bo nigdy nie będę mieć 32 lat i tak sprawnego umysłu jak teraz. Wrócę, bo wiem, że można być najlepszą matką na świecie i robić karierę zawodową. Wrócę, a co więcej, od października zacznę studia podyplomowe, bo chcę rozszerzyć swoje kwalifikacje i być profesjonalistką w każdym calu. I nie będę przejmować się krytyką innych osób, które będą psioczyć na moją ośmiogodzinną nieobecność w domu w co drugi weekend i próbować wywołać we mnie poczucie winy. 



Moim zdaniem szczęśliwa matka, to szczęśliwe dzieci. A matka dająca swoim dzieciom dobry przykład jest tym bardziej na wagę złota.  Dlatego...

Rozwijaj się, mamo!

Miłej środy,
Ania



Pierwsze dni w przedszkolu - jak wesprzeć proces adaptacji dziecka.


Wrzesień to ważny i bardzo trudny miesiąc dla wszystkich dzieci, które pierwszy raz przekraczają próg przedszkola. Zmiana otoczenia, wejście w nową sytuację, przebywanie wśród nieznanych wcześniej osób mogą wywołać w nich silną frustrację i lęki, dlatego ważne jest, by od samego początku przygody z przedszkolem, rodzice świadomie wspierali proces przystosowywania się dziecka do nowych warunków i ułatwili mu bezpieczne i bezproblemowe przejście przez zmianę. 

Gdy nasz syn pierwszy raz przekroczył próg przedszkola nie miał nawet jeszcze skończonych 3 lat. Pełni obaw i narastających emocji odprowadziliśmy smyka do jego placówki spodziewając się najgorszego - płaczu, wrzasku i błagania o zabranie go z powrotem do domu. Niestety nasze najgorsze obawy sprawdziły się. Gdy tylko weszliśmy na teren przedszkola, Kuba wpadł w szał. Zaczął płakać wniebogłosy i kłaść się na chodniku, byle tylko nie iść dalej. W środku było jeszcze gorzej. Lament innych dzieci wzmógł histerię Kubusia. 



Na szczęście bardzo szybko obok nas pojawiła się pani nauczycielka najmłodszej grupy, która spokojnym i ciepłym głosem zachęciła go do szybkiego pożegnania z nami i do wejścia na salę. A my zdezorientowani całą sytuacją i szybkim obrotem sprawy staliśmy ze łzami w oczach nie wiedząc kto w tym momencie jest bardziej nieszczęśliwy - nasz syn czy my sami:) Jeśli Twoje dziecko stawia obecnie swe pierwsze kroki w przedszkolu, poniższe rady są właśnie dla Ciebie! 

1. Nasze pozytywne nastawienie i przekonanie, że wysłanie dziecka do przedszkola jest dobrym pomysłem są podstawą do zbudowania w malcu pozytywnej wizji nowego miejsca, nabrania chęci do opuszczenia domu i rozstania się na jakiś czas z rodzicami. 

Niepokój i lęk odczuwany, a przede wszystkim wyrażany przez matkę z pewnością udzieli się również dziecku, dlatego ważne jest, by rodzice stawili czoła swoim własnym obawom i frustracjom i przygotowali się emocjonalnie do rozłąki z naszym potomkiem. 

2. Przygotuj dziecko do zmiany, która je czeka. 

Tak jak i w innych sytuacjach, rozmowa z dzieckiem jest jedną z kluczowych kwestii. Rodzice powinni dużo opowiadać mu o przedszkolu, o osobach, które tam spotka i rzeczach które będzie tam robiło. Ważne jest nakreślenie ramowego planu dnia, by maluch mógł zacząć oswajać się z perspektywą porannego wstawania, czasowej rozłąki oraz finalnego powrotu do domu. 

3. W pierwszych dniach pobytu, nie przyprowadzaj dziecka do przedszkola w ostatniej chwili. 

Poranki w przedszkolach, zwłaszcza państwowych, przypominają jeden wielki kocioł. Jedni rodzice wchodzą, drudzy wychodzą. Wiele dzieci płacze i nie chce się rozbierać z wierzchniego okrycia i zmieniać butów, a ich spieszący się do pracy rodzice nerwowo szarpią rękawy ich kurtek i klęczą zawiązując sznurówki. Dlatego lepiej wyjdź z domu 10 minut wcześniej i ze spokojem podejdź do czynności zmiany odzienia i uporania się z tłumem innych mam i ojców. Wcześniejsze przybycie do przedszkola jest ważne również z innego względu. Wprowadzanie dziecka do sali, w której pozostałe maluchy przebywają dłużej od niego i miały już okazję wstępnie się ze sobą zapoznać może wywołać u niego poczucie lęku i bycia "na świeczniku". Dwadzieścia par oczu wpatrzonych w małego przybysza może zadziałać na niego paraliżująco i zniechęcająco do wejścia w już uformowaną grupę. 

4. Wiele dzieci histerycznie reaguje na samą myśl pozostania w nowym, obcym miejscu i kurczowo trzyma się rodzica, gdy tylko ten próbuje zrobić krok w kierunku wyjścia. 

Dlatego też, najlepiej skrócić czas rozstania do minimum, bez względu na Twoje własne samopoczucie, stan emocjonalny oraz potrzebę bliskości z dzieckiem. 

5. W pierwszych tygodniach, a idealnie w pierwszych miesiącach, warto odbierać dziecko z przedszkola wcześniej  i stopniowo wydłużać jego pobyt. 

Osobiście nie jestem zwolenniczką tzw. okresów adaptacyjnych odbywających się w obecności rodziców, ponieważ zamiast ułatwiać utrudniają i wydłużają proces przystosowania się dziecka do nowej sytuacji. Maluch zamiast skupić się na nauce radzenia sobie z rozdzieleniem i nabywaniu niezależności, cały czas krąży wokół rodziców, szuka ich bliskości, woli bawić się z nimi a nie z dziećmi i ignoruje polecenia nauczycieli. Bo przecież trzeba słuchać mamy, a nie jakiejś pani. Stąd moim zdaniem lepszym rozwiązaniem jest skrócenie w pierwszych tygodniach czasu pobytu i stopniowe jego wydłużanie do uzgodnionego maksimum. 

6. Jeśli nie zabraniają tego przepisy obowiązujące w danej placówce, warto dać dziecku do przedszkola jakiś przedmiot, z którym jest związany i który będzie mu przypominać o domu, mamie lub tacie. 

Mój Kubuś uspakajał się, gdy tylko mógł przytulić się do swojego ulubionego kocyka. Inne dzieci przynosiły ze sobą ukochane maskotki, zabawki lub pieluszki tetrowe, które pomagały im przetrwać rozłąkę. Po ok. 2 tygodniach, wprowadzono w grupie maluszków zasadę "zabawkowych poniedziałków", co oznaczało, że jedynie tego dnia można było przynieść do przedszkola ulubiony przez dziecko przedmiot. 

7. Dotrzymujmy obietnic. 

Jeśli obiecaliśmy, że odbierzemy dziecko zaraz po obiedzie, nie przychodźmy po podwieczorku licząc na to, że maluch nie zorientuje się która jest godzina. Wręcz przeciwnie. Sama doskonale pamiętam swoje histeryczne reakcje i lęk przed porzuceniem, gdy tylko minęła pora podwieczorku, a mojej mamy jeszcze nie było. 

8. Codziennie po powrocie do domu warto rozmawiać z dzieckiem o tym, jak mu minął dzień, co czuło, co mu się podobało, a co nie. 

Kilka chwil spędzonych razem, stworzenie rodzinnej atmosfery wzmocni poczucie bliskości i rozładuje emocje, którym dziecko musiało stawić czoła przez cały dzień. Jeśli maluch wciąż wyraża jakieś obawy lub czegoś się boi, dobrym sposobem na ich rozwianie jest podanie mu przykładów z własnego doświadczenia i wyjaśnienie, że to, czego się obawia wcale nie musi się stać. 

9. Chwalmy postępy w adaptacji naszych małych przedszkolaków. 

Ale nie za pomocą prezentów czy nagród, bo te mogą negatywnie wpłynąć na zachowanie maluchów i doprowadzić do sytuacji, że zabawka lub słodycze staną się warunkiem ich bezproblemowego pobytu w przedszkolu. Najlepszym motywatorem jest przytulenie, pochwała i werbalne wyrażenie naszej dumy i podziwu dla nabywanych umiejętnosci.

10. Długość procesu adaptacji zależy od tego, jaki tryb życia wiodło dziecko wcześniej i oczywiście od jego osobowości . 

Te maluchy, które rzadko rozstawały się z rodzicami lub nieczęsto przebywały pod opieką innych niż rodzice osób mogą potrzebować więcej czasu na to, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. To samo tyczy się dzieci introwertycznych, które już wcześniej miały problemy z nawiązaniem kontaktu z rówieśnikami. 


11. Jeśli proces adaptacji przedłuża się, warto szukać pomocy u nauczycieli lub psychologa. 

Mam wśród znajomych przykłady rodziców, którzy po dwóch tygodniach codziennej walki o pozostanie dziecka w przedszkolu w końcu się poddali twierdząc, że ich dziecko po prostu nie jest jeszcze na to gotowe. Na szczęście, w porę do akcji wkroczyły panie nauczycielki, które skutecznie rozwiały wszelkie wątpliwości zmartwionych mam i udzieliły rad, dzięki którym ich pociechy dość szybko zmieniły nastawienie do nowego miejsca. 

12. Nabranie przez nas zaufania do nauczycieli i samego przedszkola to podstawa udanego startu naszego dziecka. 

W razie jakichkolwiek wątpliwości co do sposobu pracy nauczycieli z dziećmi lub samego otoczenia, w którym przebywa nasz smyk, warto od razu przedyskutować wszystkie kwestie z opiekunami przedszkolnymi lub z dyrektorem placówki. Również przed samym podjęciem decyzji o wyborze danego przedszkola dobrze jest udać się z dzieckiem na „drzwi otwarte”, by zdobyć informacje na temat zasad obowiązujących w danym miejscu, wstępnie zapoznać naszą pociechę ze środowiskiem przedszkolnym oraz zachęcić do interakcji z innymi dziećmi. 

My na szczęście okres adaptacji mamy dawno za sobą. Co prawda codziennie rano nie obywa się bez już tradycyjnego "Mamo, ja chcę zostać dzisiaj w domu", ale chwile później mój smyk ochoczo rozdaje buziaczki na pożegnanie wszystkim domownikom i żwawo maszeruje do swojego przedszkola. 

A jakie są wasze sposoby na wdrożenie Waszych dzieciaczków w arkana bycia przedszkolakiem?

Źródło zdjęcia: http://123kindergarten.com/

Blogować czy nie blogować, oto jest pytanie...

Aż trudno uwierzyć jak szybko minęły wakacje. Dopiero co odbieraliśmy z Kubusiem dyplom na zakończenie roku w przedszkolu i planowaliśmy wspólne, rodzinne, letnie wyprawy, a tu już coraz mniej lata w lecie, dni coraz krótsze i od dziś znów trzeba będzie przestawić się na codzienne wstawanie o 6:30.

Lato minęło nam spokojnie. I ten błogostan, brak pośpiechu i ciągłej gonitwy za zbędnymi rzeczami skutecznie odciągnęły mnie od blogowania. Liczyło się tylko życie, bycie razem i spokojny sen, a nie ilość wejść, UU, komentarzy i polubień na FB. 

Blogować czy nie blogować - oto jest pytanie, które stawiam sobie niemal każdego dnia odkąd zamieściłam pierwszy wpis. Niniejszym postanawiam, że daję sobie kolejną szansę i mocno ściskam kciuki za to, by wszelkie wątpliwości na temat sensu tworzenia kolejnych zapisków omijały mnie wielkim łukiem, czego i Tobie życzę :)

Miłego poniedziałku,
Ania




Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *