Matki - anioły i demony

3.10.14

Ostatnimi czasy nasza rodzicielska blogosfera została opanowana przez artykuły traktujące o pracujących mamach i ich nieszczęśliwych maluchach. I chociaż miałam wrzucić dziś post z cyklu "zrób to sam", to jednak lektura tych kilkunastu postów wzbudziła we mnie potrzebę zabrania głosu w tej sprawie.


Zacznę jednak od tego, że absolutnie szanuję zdanie każdej z mam i z uwagi na absolutny brak chęci wejścia w jakąkolwiek blogo-polemikę albo inną "mommy war", nie będę linkować do poszczególnych wpisów.

Jak miliony kobiet na świecie, jestem pracującą mamą. Mam dwoje dzieci, które kocham nad życie, mieszkam w spokojnej części miasta i na ogół nie narzekam na swój los. Nie narzekam, ponieważ czuję się spełniona - w każdej dziedzinie. Mam rodzinę, o której zawsze marzyłam, ciekawą i rozwijającą pracę w stabilnej firmie (korporacji, ha!), wspierającą rodzinę i grono przyjaciół, na których mogę polegać.

Gdy urodził się mój pierwszy syn, wróciłam do pracy, gdy maluch skończył rok. Dla jednych tylko rok, dla innych aż rok, bo warto wspomnieć, że 5 lat temu urlop macierzyński wynosił ok. 5 miesięcy. Rzecz jasna w mej głowie aż huczało od słów usłyszanych od przeróżnych osób, że dziecko powinno swoje najmłodsze lata (przynajmniej 3) spędzić tylko z mamą, bo tylko ona jest w stanie zaspokoić jego wszystkie potrzeby (ok. i tu pojawia się pytanie - jaka jest rola ojca?). Jednak szereg czynników, o których mowa poniżej sprawił, iż porzuciłam domowe pielesze i pozostawiłam syna pod opieką jego ukochanej babci na rzecz powrotu na rynek pracy.

Zacznijmy od tego, że w dzisiejszych czasach, "muszę wrócić do pracy" bije na głowę wszystkie "chcę wrócić do pracy". I mimo darcia szat przez matki zakochane w swoich maleństwach i tych gigantycznych wyrzutów sumienia, które czują codziennie rano pozostawiając je pod opieką niani, babci czy pani w żłobku, oprócz tych darowanych nam przez rząd kilku dodatkowych miesięcy urlopu macierzyńskiego, nic szczególnego nie robi się, by ułatwić nam matkom to tak kluczowe dla kraju, a nawet świata, zadanie, jakim jest wychowanie małych ludzi.

Dlatego też, Matko, mogąca spędzić ze swoim dzieckiem w domu więcej czasu niż przeciętna Matka Polka, nie krytykuj mojej decyzji i nie wmawiaj mi, że jestem demonem wysyłając swe dziecię do żłobka lub do niańki, ponieważ być może nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie powody przyświecają mi i innym kobietom, które po urlopie macierzyńskim wracają na rynek pracy.  

Dla Twojej informacji, jak jeden mąż, wszystkie znajome mi kobiety zapytane, dlaczego wróciły do pracy, odpowiedziały:

"Wróciłam, bo musiałam - ze względów finansowych (materialnych)".


Nie oszukujmy się, tak jak wiele polskich rodzin, mamy do spłaty kredyty mieszkaniowe, samochodowe, niektóre matki wciąż spłacają te studenckie, zatem oczywistym jest fakt, że utrzymanie rodziny z jednej pensji jest trudne lub po prostu niemożliwe. A im starsze są nasze dzieci, tym koszty ich utrzymania rosną.

Co więcej, otrzymywanie stałego dochodu daje nam, kobietom, poczucie samodzielności, niezależności finansowej i tę gwarancję, że w razie rozstania się z naszym partnerem, my i nasze dzieciaki nie zostaniemy bez środków do życia. No i oczywiście, dzięki pracy nabywamy praw do emerytury (bez względu na jej finalną wysokość), ale mam wrażenie, że wiele młodych kobiet nie traktuje tego tematu zbyt poważnie. A to duży błąd, ponieważ nasze dzieci kiedyś opuszczą rodzinne gniazdo, a z czegoś na starość będziemy musiały żyć...

"Wróciłam do pracy, bo chciałam - ze względów społecznych".


Ten powód powrotu do pracy zdradziła mi znajoma pani architekt, która równie dobrze mogłaby pracować w domu. Jednak człowiek jest zwierzęciem stadnym, który uwielbia przebywać wśród ludzi. Monotonia, samotność i odizolowanie od ludzi i świata - z tymi uczuciami budzą się niektóre matki niemal każdego ranka. Fakt, są przecież telefony, internety i inne gadżety umożliwiające komunikację, ale co z tego? Gdy Ty chcesz pogadać o swoich problemach - że dziecko ma kolki, że nie dogadujesz się z mężem, że wkurza Cię wtrącająca się do wszystkiego teściowa lub po prostu potrzebujesz usłyszeć ludzki głos (inny niż gaworzenie malca), to gros Twoich koleżanek nie odbiera telefonu, ponieważ aktualnie są w pracy i nie mają czasu na prywatne rozmowy? Gdy już w końcu uda Ci się umówić na spotkanie z koleżankami, to nie masz z kim zostawić dzieci, ponieważ Twój mąż zasuwa na 3 etacie, byś Ty mogła siedzieć w domu, lub boi się samodzielnie zaopiekować maluchami, ponieważ twierdzi, że Ty to robisz lepiej lub po prostu brak mu wprawy. Dla świętego spokoju odwołujesz spotkanie. A Twoje małe problemy zaczynają urastać do rangi katastrof na skalę światową - zaczynasz coraz więcej o nich myśleć i coraz bardziej wydaje Ci się, że nie da się ich rozwiązać. A stąd już tylko krok od depresji... I by jej uniknąć lub z nią walczyć, jedna z matek zdradziła mi, że:

"Wróciłam do pracy, bo chciałam - ze względów psychologicznych".


To usłyszałam od mojej kuzynki, matki dwóch półtorarocznych córek. Możliwość wyjścia z domu, nawet na kilka godzin, potrafi z nawet największej kury domowej zrobić gwiazdę, z malkontenta-optymistę, a z osoby mało zorganizowanej-wielozadaniową. Zapewne wiele z Was zgodzi się ze stwierdzeniem, że praca jest dla kobiet nie tylko źródłem dochodu, ale również wiedzy, rozwoju osobistego i satysfakcji. W końcu z jakiegoś powodu zdecydowałyśmy się pójść na studia, uczyć języków obcych i nabywać nowych umiejętności? Zatem jeśli do bycia pełnoetatową mamą nie potrzeba mieć wyższego wykształcenia, to po co te wszystkie lata spędzone w szkolnej ławie? Czy gdy zdawałyśmy na studia ktokolwiek zadał nam pytanie, czy w przyszłości zamierzamy być matkami? Nie! Gdyby tak było, to wiele z nas sto razy zastanowiłaby się, czy warto się uczyć, skoro za kilka lat usłyszy, że nie powinnyśmy robić kariery tylko poświęcać się dziecku w domu. A do tego nie potrzeba mieć nawet skończonej podstawówki. Wystarczy zdrowy rozsądek i umiejętność czytania - by móc dobijać się "dobrymi radami" psychologów - tych wykształconych jak i tych domorosłych, którzy próbują nam wmówić, że wiedzą co jest dla naszych dzieci najlepsze.

A co jest najlepsze? Rodzic, który jest w stanie zaspokoić wszelkie potrzeby swoich maluchów. I te potrzeby są, co ciekawe, wspólne dla wszystkich ludzi - tych malutkich i tych dorosłych. Dla przykładu podam tylko kilka:

Materialne (fizyczne):

- ciepły, przytulny i przede wszystkim WŁASNY dom 
- pożywienie, do którego zawsze mamy dostęp
- schludne ubranie, zabawki, rozrywki, pomoce naukowe, zajęcia rozwojowe - np. basen, piłka nożna, zajęcia plastyczne, etc.

Społeczne:

- czas spędzony z rodziną - czas wysokiej jakości, a nie czas w dużej ilości, która niekoniecznie przekłada się na jakość
- dostęp do rówieśników i innych członków rodziny oraz nabywanie umiejętności współpracy w grupie

Psychologiczne:

- miłą i spokojną atmosferę w domu wolną od problemów dnia codziennego
- uśmiech na twarzy, dobre samopoczucie i poczucie bezpieczeństwa
- miłość, wsparcie i zrozumienie, itp,  itd...

I szereg innych...

Podsumowując, Kobiety drogie! Zanim zaczniemy się nawzajem dołować, obwiniać i przekrzykiwać, która mama jest lepszą mamą - ta pracująca, czy ta siedząca w domu, może warto zadać sobie pytanie: "czy zaspokajam wszystkie potrzeby swojego malucha?" Czy sprawiam, że czuje się szczęśliwy i bezpieczny? Czy swoim zachowaniem i postawą daję mu dobry przykład, na którym może się wzorować? Czy faktycznie spędzam czas ze swym dzieckiem, a może odsyłam je jednak do swojego pokoju, by się "czymś zajęło"? Czy przytulam je wystarczająco często i mówię, że je kocham? Ja, będąc matką pracującą, która wkrótce zniknie z pola widzenia swojego synka na ponad 8 godzin, na te pytania mogę z podniesioną głową powiedzieć "TAK". A TY?

PS Peace i słonecznego weekendu:)

Ania


Koniecznie przeczytaj

14 komentarze

  1. Aniu, jestem pod ogromnym wrażeniem!

    Jako młoda mężatka u której temat macierzyństwa jest na tapecie ciągle jestem zasypywana "dobrymi radami" znajomych mam, że jedyna dobra matka to ta w całości i zupełności poświęcona dziecku, a własne ambicje czy aspiracje to dzieło szatana, które powinno być zniszczone wraz z narodzinami dziecka. Cieszę się, że są matki które pokazują że jej samorealizacja jest dobra dla dziecka.

    Ciągle jakoś nie mogę uwierzyć, że dzieci mam przechwalających się nowymi zabawkami i ubrankami na instagramie są szczęśliwsze od tych, którym mamy własnym zachowanie pokazują że świat jest wspaniałą przygodą.

    PS. Nie neguje żadnej postawy - jeśli ktoś ma chęć i warunki, niech zajmuje się tylko i wyłącznie dzieckiem. Jednak nie znoszę narzucania "jedynej słusznej drogi".

    Gratuluje postawy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za te słowa. Wiesz, ja się nie uważam za matkę idealną, ale robię wszystko, by moi chłopcy byli szczęśliwi. I oczywiście respektuję decyzję tych mam, które pozostają w domu i chciałabym, by tak samo szanowano te matki, które są zmuszone wrócić do pracy. Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  2. Ja ze względów materialnych miałam dwa tygodnie urlopu po porodzie. Tak. Dwa tygodnie. Pracując na kontrakcie miałam wybór, albo po dwóch tygodniach wrócę, albo firma zerwie umowę. Wiedziałam o tym od początku ciąży.

    W naszym domu to ja zarabiałam zawsze dużo, a mąż mało. Kalkulacja była prosta. Ja wracam do pracy, mąż zostaje w domu. Dziś minęło pięć lat. Najgorszych pięć lat, z czego cztery były najgorsze w moim życiu. Rok temu rzuciłam pracę z dnia na dzień. Mam dość zarabiania pieniędzy. Dziś mamy kasy tyle ile zarobi mój mąż. Nie ma na nie wiadomo jakie rozrywki, nie chodzimy do restauracji, nie bywamy w teatrze. Ale moje dzieci mają mnie a ja w końcu mam dzieci. Dopiero teraz czuję, że żyję. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda rodzina ma swoją własną historię i swoje własne powody, by żyć tak, a nie inaczej. Dlatego uważam, że nie powinno się sprowadzać wszystkich matek pod wspólny mianownik i zgodnie z nim oceniać. To, że jedna ma to szczęście przebywać ze swym dzieckiem dłużej niż ten ustawowy rok, nie oznacza, że jest lepsza od tej, która dla zapewnienia chleba rodzinie wraca do pracy. Cieszę się, że jesteś zadowolona z podjętej decyzji, bo najważniejsze, że była Twoją własną, a nie narzuconą przez otoczenie lub stereotypy. Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Wszystko trzeba wypośrodkować i dostosować do własnego charakteru. Aktualnie jestem w domu z synkiem (16 miesięcy). Nie zamierzam go zostawić do końca 3 roku chyba że dostanę świetną propozycję pracy, maluch będzie domagał się większych kontaktów z rówieśnikami lub zacznę wariować. Ewentualnie może jeszcze się zdarzyć druga ciąża. Cieszę się, że mam możliwość wyboru i nie muszę iść do pracy, bo inaczej nie będzie na chleb.
    Każda mama powinna wybrać co dla niej i dla jej rodziny jest najlepsze. A obrzucanie się błotem, bo inny robi inaczej niż ja, jest zwyczajnie głupie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod każdym Twoim słowem :) Są jednak takie tematy, które będą zawsze dzieliły matki i "pracować czy nie pracować" jest jednym z nich, tak samo jak "karmić cycem czy butelką". Miłego weekendu :)

      Usuń
  4. Podjęłaś trudny temat :) Ale powiem Ci, że świetnie go "rozpracowałaś" :)
    niektóre matki są rozdarte. Z jednej strony nie wyobrażają sobie powrotu do pracy, a drugie siedzenia w domu. Jestem typową kurą domową. Nie przeszkadza mi to. Lubię gotowac, dbać o porządek w domu i mieć na wszystko oko, a co najważniejsze, każdego dnia cieszyć się postępami Hani. ALE przyznaję, że czasem z chęcią wyrwałabym się do ludzi. Mieszkam na wsi i tu ciężko o jakiekolwiek atrakcje, a gdy już uda mi się wyrwać, to stwierdzam, że dom domem, matkowanie- matkowaniem, ale od czasu do czasu coś dla siebie zrobić, też jest ważne. Nie potępiam kobiet, które zrezygnowały z pracy dla domu i dzieci i nie potępiam kobiet, które wróciły do pracy. Każda z kobiet, nie ważne jaką podjęła decyzję, miała swoje powody. Ja na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie powrotu do pracy. Nie mogłabym skupić się i ciągle zastanawiała się, czy Hania w tym momencie nie płacze za mną...czasem mam wrażenie, że każde Nasze rozstanie na chwilę przeżywam bardziej niż moje dziecko :)

    I wiesz co ... też nie rozumiem, dlaczego matka-matce jest wilkiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydaje, że ta wrogość niektórych mam wynika z ich przekonania, że obrany przez nie kierunek w wychowaniu dzieci czy prowadzeniu domu jest jedynym właściwym. Inną rzeczą są stereotypy, które mimo upływy czasu są wciąż przekazywane z pokolenia na pokolenie i wbijane do naszych głów:)

      Usuń
  5. Z tymi akcjami odnośnie powrotu czy nie-powrotu do pracy jest jak z wyborem między cc a porodem naturalnym. Matka matce wilkiem to fakt. Naczytałam się i o jednym i o drugim i od razu mam nerwy.
    Ja wróciłam po przedłużonym (dzięki mojej dwójeczce) urlopie macierzyńskim do pracy przede wszystkim z powodów materialnych, ale nie ukrywam, że DUŻO mi to dało pozytywnych emocji dla siebie samej. Mimo, że kocham moje dzieci nad życie, nie jestem osobą, która mogłaby się przeistoczyć w kurkę domową (czego broń Boże nie krytykuję!) i spędzać czas na takim prywatnym etacie. Uwielbiam moją pracę i cieszę się każdego dnia, że mogę wyjść i na te kilka godzin przełączyć się na inny program :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak trzymaj Kochana. Najważniejsze, że to była Twoja decyzja i jesteś z niej zadowolona. Dzieci dziećmi, dom domem, ale matka jest też człowiekiem, który ma prawo realizować swoje marzenia i dbać o własne szczęście.

      Usuń
  6. świetnie opisałaś wszystkie aspekty tego zjawiska...ale choćby opisala całą sprawę jeszcze dokładniej, to zawsze znajdą się tacy, którzy będą krytykować cudze decyzje i nic na to nie poradzimy, ważne jest aby być odpornym na ich jad :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. W moim przypadku taka 100% odporność na słowa i sugestie innych ludzi przyszła dopiero po urodzeniu drugiego dziecka. Wcześniej wydaje mi się, że brakowało mi tej matczynej pewności siebie i zdarzało mi się ulegać sugestiom innych matek typu: "ja wychowałam dwoje, troje dzieci i wiem lepiej niż ty".

      Usuń
  7. Odnalazłam się w części dotyczącej matek pracujących z domu... Teraz, kiedy Nicko ma prawie 3 latka jest już ok, ale rzeczywiście czasami brakowało mi towarzystwa osób porozumiewających się przy użyciu słów ;) i chociaż nie mam mojej wymarzonej i rozwijającej mnie pracy, to i tak nie wyobrażam sobie 100 procentowej koncentracji na dziecku, domu i mężu...

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo dobry post! Ja po urodzeniu pierwszej córki poszłam na studia pedagogiczne w trybie dziennym w swoim mieście. Córka skończyła wtedy zaledwie 3 miesiące. Dla mnie to była odskocznia, tym bardziej, że byłam bardzo młoda (skończyłam 20 lat) i nie mogłam przez ciążę ukończyć kierunku, który podjęłam wcześniej (może i dobrze, bo wybór nie był tak naprawdę mój). Moje poczucie własnej wartości spadło. A jednak udało mi się usłyszeć pierwszy głośny śmiech, pierwsze "MAMA". Nie mam dziecka z syndromem choroby sierocej, bo takie wrażenie można mieć po wypowiedziach mam, które uważają, że spełnianie się zawodowo czy intelektualnie w okresie wczesnego macierzyństwa jest zbrodnią. bo jestem zdania, że tylko szczęśliwa mama, to dobra mama. Bo gdy brakuje pieniędzy czy pewności siebie, frustracje mogą odbijać się na naszych pociechach.

    OdpowiedzUsuń

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *