DIY: Bałwanek Olaf z masy solnej

DIY

Witajcie. Dziś chciałabym Wam zaproponować kolejny projekt z cyklu "DIY-zrób to sam". Te osoby, które śledzą mnie na Facebooku i Instagramie wiedzą, że w niedzielę rozpoczęłam (bardzo wstępne) przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. W tym roku postanowiłam, że na naszej choince zawisną ozdoby wykonane z masy solnej, którą moje dzieci wprost uwielbiają się bawić.

Przekopując nieprzebrane zasoby Pinterest, natknęłam się na ciekawy projekt, który wykonałam z moimi synkami, a mianowicie uwielbianego przez dzieci Bałwana Olafa z bajki "Frozen - Kraina Lodu".


Mój Kuba był wniebowzięty, ponieważ kilka dni wcześniej mieliśmy okazję uczestniczyć w niesamowitym widowisku, które zawitało do Łodzi - "Disney On Ice: Magiczny Świat Lodu", którego właściwie najważniejszą i najbardziej wyczekiwaną postacią był wspomniany przeze mnie Olaf.

OK, co będzie nam potrzebne?

  • Masa solna
  • Dziecięca stópka
  • Farby akrylowe
  • Wodoodporny mazak
  • Piekarnik

Podstawowy przepis na masę solną:

  • 2 szkl. mąki (najlepiej tortowej)
  • 1 szkl. miałkiej soli
  • 0,5-1 szkl. wody

Zagniatamy wszystkie składniki tak, by w masie nie było grudek i voila! Masa solna gotowa. Jeśli za bardzo klei się do rąk, podsypujemy ciasto mąką i ponownie zagniatamy uważając, by nie stała się zbyt krucha.

Kulkę wielkości jabłka zgniatamy i formujemy na kształt elipsy. Teraz najważniejsza część programu, czyli odciśnięcie stopy dziecka. Nie musimy w zasadzie niczym jej smarować, ponieważ masa nie jest bardzo kleista. Najważniejsze jest dokładne odciśnięcie paluszków i pięty.

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,


Za pomocą, np. noża, wyrównujemy brzegi i nadajemy całości pożądany kształt. Słomką robimy dziurkę, przez którą później przewleczemy tasiemkę. 

Suszymy w piekarniku nagrzanym do 50 stopni przez 5-6 godzin lub odkładamy ozdoby w ciepłe i suche miejsce i czekamy, aż wyschną (może to zająć nawet kilka dni).

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Gotowe bałwanki malujemy farbami akrylowymi. 

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,


Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,












Za pomocą niezmywalnego flamastra nanosimy szczegóły, takie jak oczy czy guziki. Możemy również zaznaczyć nim kontur postaci.

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Gotową ozdobę warto podsuszyć np. na kaloryferze, ponieważ pod wpływem farb masa staje się znów plastyczna.

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,


Z masy solnej można wykonać również:

Łapkowego Mikołaja

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,








Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Zawieszki na choinkę

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,

Olaf, Frozen, Kraina Lodu, DIY, masa solna, bałwanek z masy solnej, ozdoby z masy solnej,













Minusem masy solnej jest to, że bardzo szybko wilgotnieje, więc ozdoby najlepiej przechowywać w szczelnym opakowaniu. Wtedy na pewno dotrwają do następnego sezonu. Chociaż nawet jeśli ulegną zniszczeniu, to nie będzie szkoda ich wyrzucić, gdyż masa solna jest bardzo tanim materiałem plastycznym.

Miłego dnia,
A

PS Zaczęliście już przedświąteczne przygotowania?

Za co jesteśmy wdzięczni...

święto dziękczynienia, thanksgiving, USA, Amerykanie, wdzięczność,

W każdy czwarty czwartek listopada Amerykanie na całym świecie obchodzą Święto Dziękczynienia (Thanksgiving). Jest to właściwie jedno z najważniejszych, o ile nie najważniejsze, święto w amerykańskim kalendarzu. I chociaż nie jestem zwolenniczką amerykańskiego blichtru, wiecznie uśmiechniętych buzi i domów z kartonu, tak Święto Dziękczynienia z wielką ochotą przygarnęłabym pod naszą polską strzechę.

My, Polacy, rodzimy się z przeświadczeniem, że życie w naszym kraju jest ogólnie do bani. Mamy zawsze za mało kasy, za krótkie urlopy, za zimne lata, za ciepłe zimy, za duże raty kredytów, za ciasne buty, za wolne pociągi, zbyt skorumpowanych polityków, za bardzo wtrącające się teściowe, za długie kolejki do lekarza, czy nawet za grzeczne dzieci... 

A wyobraźcie sobie, że  nagle z dnia na dzień, nasz rząd wprowadza nowe święto państwowe. Święto Dziękczynienia. I tak jak Amerykanie na pamięć znają listę rzeczy, za które są wdzięczni (wszystko jedno komu - Bogu, Allahowi czy Obamie), tak jestem przekonana, że 99,9% naszych ziomków miałoby pustkę w głowie. 

Bo za co mamy dziękować? Za polityków, którzy w Kubusiu Puchatku widzą bezpłciowego golasa? A może za kapitalizm, dzięki któremu przeceniona 50% bluzeczka jest obłożona jedynie 500% marżą, a nie 1000% (dane z pierwszej ręki - od znajomego zajmującego się handlem ubraniami)?

Ja codziennie dziękuję Bogu za moją rodzinę. I za zdrowie, które raz jest większe, raz mniejsze, ale jest. I za to, że nie muszę uciekać, ani się chować. Jestem wdzięczna za to, że moje dzieci budzą się z uśmiechem na twarzach. I za to, że mogą kaprysić przy jedzeniu. I za to, że mam możliwość wymienić niechcianą kanapkę z szynką na kanapkę z serem. I za to, że otaczają mnie dobrzy ludzie, którzy bez chwili wahania porzucą najciekawsze zajęcia, by wyprasować górę mojego prania czy dowieźć w środku nocy leki dla moich dzieci. Jestem wdzięczna, codziennie, nie tylko od święta, bo wiem, jak łatwo można wszystko stracić...

Ciekawe czy zgadniecie, co podam na czwartkową kolację. Nie trafiliście! Podam już wcześniej zaplanowane spaghetti, ale na pewno ciepło pomyślę o tych, którzy za wielką wodą będą zasiadali do rodzinnych stołów i w skrytości ducha dziękowali za to, co mają. A może warto chociaż raz w roku zrobić podobny rekonesans w naszych polskich głowach, odrzucić wszystkie te negatywne rzeczy, które na co dzień psują nam nerwy i humory i zastanowić się, za co my sami moglibyśmy tak naprawdę podziękować? A może już to robicie? 

Miłego wtorku,
A


Happy end!


Witajcie Kochani! Życie znów wymogło na mnie chwilowy odwyk od bloga, ale wracam z odświeżonym i poukładanym umysłem i gotowym planem działania na najbliższe miesiące. A będzie się u mnie działo. Wracam do pracy. Dwa miesiące wcześniej niż planowałam, ale w sumie nie żałuję podjętej decyzji.


Na jej podjęcie dostałam dwa tygodnie, w których czasie musiałam przede wszystkim skupić się na zapewnieniu opieki nad moim chorowitkiem Arturem. Z taką kiepską odpornością maluch absolutnie nie nadaje się do żłobka. Nawet teraz, będąc ze mną w domu, co chwila odchorowuje każdą, nawet najmniejszą infekcję starszego brata. A ten, co chwila jak nie zapada na zapalenie oskrzeli, to znów na katar, który summa summarum kończy się kaszlem i zapaleniem oskrzeli... I tak w kółko... 

I co z tego, że trzymam dziecko w domu, by nie rozsiewało zarazków, gdy w szatni na własne oczy widzę i słyszę smarkające i kaszlące jak gruźlicy dzieciaki mam, które twierdzą, że katar i kaszel to nie choroba. G***o prawda! Zdrowy człowiek nie kaszle i nie pociąga nochalem! Kiedy ta najprostsza prawda trafi do głów matek, których dzieci wykańczają układ immunologiczny mojego syna? Nasz lekarz co rusz przepisuje nam nowe specyfiki na uodpornienie, a one niestety pomagają jak umarłemu kadzidło. To samo czosnki, trany czy inne maliny. Moje dziecko wraca do przedszkola zdrowe, a tu na dzień dobry w szatni zostaje obrzucone zarazami słaniającego się na nogach kolegi z grupy. Kolegi, który jest "zdrowy", bo przecież jego rodzice jak mantrę powtarzają, że "katar i kaszel" to nie choroby. Może i nie choroby, ale ich objawy. Got it?

No dobrze, dałam upust mojej frustracji, więc teraz mogę przejść do meritum. Pamiętacie historię mojej przyjaciółki Oli, która musiała stawić czoła swojemu byłemu, który na domiar złego został też jej szefem? Jestem ciekawa, czy spodziewalibyście się takiego zakończenia. Bo zakończenie jest szczęśliwe! Okazało się, że mąż Oli dostał propozycję pracy w zagranicznej filii swojej firmy i cała rodzinka przenosi się po Nowym Roku do Niemiec :) Ola już złożyła wymówienie, a pracodawca wyraził zgodę na skrócenie czasu wypowiedzenia. Z tego miejsca dziękuję za wszystkie Wasze rady. Na bieżąco przekazywałam je koleżance, która, gdyby nie ta niespodziewana przeprowadzka do Niemiec, miała rzecz jasna zwolnić się z pracy, gdyż jej ex coraz śmielej sobie poczynał...

Ok, to byłoby na tyle. Po weekendzie wrócę do Was z projektem DIY, o którym wspominałam na moich profilach na Facebooku i Instagramie, do których obserwacji serdecznie zapraszam.

Miłej niedzieli,
Ania

Źródło zdjęcia: http://www.pistacchi-design.com/

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *