Życie w ciągłym pędzie

Dawno mnie tu nie było. Życie realne, codzienne, szybkie i wypełnione po sam brzeg pochłonęło mnie do reszty. Powrót do pracy na pełen etat przebiegł prawie bezproblemowo. Artur szybko przyzwyczaił się do mojej wielogodzinnej nieobecności, podczas której stery naszej domowej łajby przejmowały babcie, a ja oswoiłam z myślą, że nasz dotychczasowy plan dnia i styl życia odchodzi w zapomnienie. I właśnie tego naszego piżamowego, pachnącego poranną kawą i kaszką lajfstajlu najbardziej jest mi brak i żal, gdy każdego dnia o 7 rano opuszczam nasz dom.


Od powrotu do pracy nasze życie nabrało zawrotnego tempa. Dzień mija za dniem zupełnie niepostrzeżenie. Czasami zastanawiam się co zrobić, by choć odrobinę przyhamować. Częściowo udaje nam się to w weekendy, na które nie planujemy żadnych zajęć dodatkowych, nie szalejemy w centrach handlowych, nie gotujemy obiadów z 10 dań, odkładamy na bok telefony i laptopy, i jesteśmy tylko dla siebie. Na przysłowiowe wyciągnięcie ręki... 

Niektórzy z Was zapewne zapytają: "A gdzie czas dla Ciebie"? Odpowiem szczerze i bez zbędnego owijania w bawełnę: mało go. Jego resztki, które trafiają mi się od czasu do czasu oddaję dzieciom. I wcale tego nie żałuję, bo moi chłopcy nigdy nie będą młodsi niż teraz. Nigdy nie będą mnie bardziej potrzebować, czy chcieć spędzać wolne chwile tylko ze mną niż obecnie. I czy mogłabym odrzucić propozycję zabawy autkami wyrażaną przez małego berbecia ciągnącego mnie za rękę do swojego pokoju mówiącego "mama oć"? Czy przetrawiłabym zawód wypisany na twarzy mojego sześciolatka, gdybym odmówiła gry w "jeżyki" tylko po to, by móc pochwalić się, że udało mi się wygospodarować pół godziny na np. na szydełkowanie? NIGDY W ŻYCIU! Chcę by moje dzieci, gdy będą już dorosłe, powiedziały z całkowitym przekonaniem, że ich mama zawsze miała dla nich czas. I chociaż miałabym okupić to górą prania w łazience i drugą taką rzeczy do prasowania, potrzeby i oczekiwania moich synków są najwyższym priorytetem, których zaspokajanie jest moją główną siłą napędową i motywacją do walki z trudami dnia codziennego. 

Na ten nadchodzący rok 2016 życzę Wam i Waszym Rodzinom przede wszystkim spokoju i zdrowia. Są to jedyne rzeczy, za które nie jesteśmy w stanie zapłacić czy ich sobie "załatwić". Całą resztę możemy mieć, jeśli tylko chcemy...

Ania

Jak to wszystko ogarnąć?

Wiele mam wracających do pracy po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym narzeka na permanentny brak czasu, natłok obowiązków i ogólną życiową dezorganizację. Niektóre z nich po miesiącu czy dwóch z bezsilności składa broń i z dnia na dzień odchodzi z pracy lub wraca na bezpłatny urlop wychowawczy. Ja do nich nie należę i za chwilę napiszę Wam dlaczego. 


Na początek zarys naszej sytuacji życiowej. Zacznę od tego, że będąc mamą dwójki dzieci, już dwukrotnie wróciłam do pracy po "odchowaniu" moich maluchów. Po urodzeniu Kubusia - po równo roku, po narodzinach Artusia - po 18 miesiącach. Czy zrobiłam to za wcześnie czy za późno - to pozostawiam bez komentarza. Dodam tylko, że mój starszy syn nie ma żadnych lęków, nie moczy się w nocy i ma ze mną świetny kontakt. Dla mnie znaczy to mniej więcej tyle, że raczej nie doznał uszczerbku na psychice przez to, że spędziłam z nim jedynie 12 miesięcy, a nie 3 czy 4 lata.

PLAN DNIA - SZAŁ CIAŁ OD SAMEGO RANA

Codziennie wstaję o godzinie 5:30, a wynika to z faktu, iż od mojego miejsca pracy dzieli mnie mniej więcej 50 km, które pokonuję w około 50-60 minut. Przed wyjściem do pracy szykuję sobie i dzieciom ubrania (często dopiero wtedy je prasuję), przygotowuję śniadanie, czasem nawet myję podłogę. Czyż czysta podłoga nie daje od razu wrażenia porządku w domu? Moim zdaniem tak, więc mopowanie 50m2 opanowałam do perfekcji pod względem czasowym (robię to w max. 10 minut) i jakościowym. 

Z domu wychodzę ok. godziny 7:00. Ponieważ pracuję w korporacji, przerwa na lunch wydłuża moje godziny pracy o dodatkowe 30 minut. Do tego kolejnych 60 na powrót i jestem ponownie w domu o 17:30. 

HONEY, I'M HOME!

Wracając robię niewielkie, codzienne zakupy w osiedlowym sklepiku - głównie chleb, mleko i żółty ser. W pozostałe produkty spożywcze zaopatruję się raz w tygodniu - w sobotę. Tworzę wtedy mega długą listę zakupów, którą przekazuję mężowi do realizacji. Tym sposobem eliminuję potrzebę biegania po marketach w środku tygodnia, a odpowiednie przechowywanie jedzenia gwarantuje, że nawet wędlina wytrzymuje tydzień czasu w niezmienionej formie.

No dobrze, jest 17:30 i co dalej? Od tej pory zajmuję się tylko i wyłącznie dziećmi. Bawimy się, czytamy, przytulamy, opowiadamy o tym, co ciekawego przyniósł nam dzień, po prostu jesteśmy razem. Czasami idziemy w odwiedziny do przyjaciół lub rodziny. Zdarza nam się wyskoczyć do sali zabaw lub na pizzę. Gdy dni będą dłuższe, będziemy chodzić całą naszą czwórką na długie wiosenne spacery, robić wycieczki rowerowe i spędzać maksymalną ilość czasu poza domem. Teraz jednak, gdy wcześnie robi się ciemno, obaj moi chłopcy ok. 20:00 leżą już grzecznie w swoich łóżeczkach (co nie oznacza, że od razu zasypiają, bo to następuje po około godzinie spędzonej na wspólnym czytaniu bajek i rozdawaniu buziaków). 

Od 21:00 zaczyna się tzw. "czas dla siebie", który spędzam na:

  • sprzątaniu całodziennego bałaganu 
  • włączeniu przynajmniej jednego ładunku prania (staram się prać codziennie, przez co nie miewam gór prania w łazience).
  • zrobieniu kolacji dla siebie i męża, i rozmowach o tym, jak nam minął dzień
  • załadowaniu zmywarki
  • poskładaniu już wysuszonych ubrań (swoje ciuchy prasuję przed założeniem, dziecięce ubrania i koszule męża uwielbia prasować moja mama, więc często korzystam z jej weekendowej pomocy)
  • gotowaniu obiadu na następny dzień lub przygotowaniu składników, które wykorzysta babcia Artusia. Dodam tylko, że jej zadaniem jest tylko i wyłącznie opieka nad maluchem i jego karmienie. Prace domowe to domena moja i mego Szanownego.
  • spaniu / czytaniu / oglądaniu TV / czasem na pisaniu bloga :D

Efektem powyższych działań jest to, że o 23:00 zasypiam w domu, w którym nie panuje chaos, dzieci są odpowiednio zadbane, a w lodówce i w garnkach zawsze mam świeże jedzenie. To wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ogromne wsparcie mojego męża, który zaprowadza i przyprowadza z przedszkola naszego starszego synka, wyprowadza i karmi psa, jest odpowiedzialny za utrzymanie porządku w łazience, odkurzanie podłogi, mycie okien, comiesięczne opłacanie rachunków oraz za wspomniane sobotnie zakupy. Czy to dużo czy mało pozostawiam Waszej ocenie. Grunt, że u nas taki układ sprawdza się w 100%:)

A jak Wy to wszystko ogarniacie?

Miłego weekendu,

Matka Robokop :)

Pędząc do przodu...



Nie lubię zmian, zwłaszcza tak radykalnych, ale czas nie stoi w miejscu i zmusza nas do ścigania się z nim nawet wbrew naszej woli. Stało się. Równo dwa tygodnie temu porzuciłam domowe pielesze i po dwóch cudownych i przede wszystkim spokojnych latach wróciłam do pracy.

ROZSTANIE

Rozstanie z Arturem, z którym dotychczas spędzałam niemal 24h/dobę, obyło się bez łez i rwania włosów. Było buzi i papa na do widzenia i cierpliwe odliczanie długich godzin dzielących mnie od powrotu do domu. A w pracy? Sporo osób było zaskoczonych na mój widok, sądząc, że wpadłam jedynie na kilka minut w odwiedziny. W moim dziale pojawiły się nowe twarze, które początkowo podchodziły do mnie z dużą rezerwą, czym wprawiały mnie w niemałą konsternację. No ale cóż, klamka zapadła, mleko się wylało, odwrotu nie ma. Rzucenie papierami jest ostatnią rzeczą, na którą mogłabym sobie pozwolić mając dwoje dzieci i kredyt we frankach do spłacenia. 

Sytuacja uległa znacznej poprawie po mniej więcej tygodniu. Gorzej z moimi siłami witalnymi, które na co dzień odchodzą w siną dal około godziny 20:00, gdy kładę moich chłopców spać. Wtedy muszę dokonać wyboru: kolejna kawa albo sen. I właśnie ten drugi ostatnio wygrywa większość wieczornych bitew, skutecznie odciągając mnie od bloga i tym podobnych uciech. 

LEPSZE ŻYCIE? INNE ŻYCIE!

Byłam na siebie zła, że w całym mym dniu, tak mało czasu pozostało dla mnie samej. Bo blog był i jest moją największą odskocznią od codzienności, która potrafi dać mi nieźle w kość. Z drugiej strony, czytając o tych wszystkich aferach blogorokowych i ogólnemu wyścigowi blogowych szczurów, do których chcąc nie chcąc większość z nas, blogerów się porównuje (wypadając najczęściej bardzo blado), moja chęć i przede wszystkim wena odeszły w siną dal. Zachęcona przez kilka moich Czytelniczek, postanowiłam strzelić sobie dziś mocne espresso i dać znak życia :) Bo żyję. Czy lepiej niż jeszcze dwa tygodnie temu? Dziś jest mi wciąż ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Jest na pewno inaczej, ale i do tej inności zaczynamy się wszyscy przyzwyczajać, a nowy rozkład dnia staje się tym obowiązującym przez następne lata, a może nawet dekady...

NIE IDĄC DO PRZODU, COFAMY SIĘ

Zmiany, choć budzą w nas uzasadniony lęk, są potrzebne. I nam, dorosłym, a także, wbrew pozorom, naszym dzieciom. Dzięki zmianom nasze maluchy dorastają i ćwiczą tak ważną w dzisiejszych czasach umiejętność adaptacji do zmieniających się warunków i sytuacji. Ja po dwóch latach życia w domowym kokonie powiedziałam pass. Stwierdziłam, że czas wyjść z domu i stawić czoła rzeczywistości. Niektóre moje koleżanki przedłużają sobie tę domową sielankę zachodząc w kolejną ciążę, ale summa summarum nie jest to rozwiązanie długoterminowe, gdyż kiedyś w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie: "Co dalej?".  Ja już znam na nie odpowiedź, dlatego mimo wypitego espresso położę się wcześniej spać, by jutro rano wstać prawą nogą, gdy zegar wybije 05:30. 

Z pozdrowieniami,

Matka Pracująca, co to żadnej pracy się nie boi;) 


Ładuję baterie...


Miał być styczeń, w końcu okazało się, że jednak luty. A dokładnie 2 luty 2015 roku. Tego dnia moje dotychczasowe życie przejdzie do przeszłości. Wracam do pracy. Klamka zapadła. Już nie ma odwrotu...

Jednak zanim wyskoczę z ulubionego dresu, dopóki nie muszę wstawać o 5 rano, korzystam z każdego dnia, który dzieli mnie od godziny X. A te ostatnie chwile urlopu wychowawczego przyszło mi spędzić w jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi: w Zakopanem. I chociaż śniegu jest tyle, co kot napłakał (zdjęcie jest zeszłoroczne, żeby było wszystko jasne;), gdziekolwiek bym nie poszła, wszędzie otaczają mnie tłumy ludzi, to czas spędzony z moimi najbliższymi rekompensuje mi te wszystkie niedogodności.

Ładuję baterie, nabieram mocy i walczę ze smutkiem, który ogarnia mnie na samą myśl o zmianach, które czekają nas w lutym. Jeszcze niedawno byłam taka odważna i pełna zapału, dziś słysząc głos mojego malucha nawołującego "Maamaa, maamaa", gdy tylko znikam na chwilę z jego pola widzenia, tracę rezon i chce mi się płakać. Wiem jednak, że będzie dobrze, musi być. Nie ma innego wyjścia. Bo w nas, matkach tkwią nieprzebrane pokłady siły, która wyzwala się w najmniej spodziewanych momentach. Liczę, że moja mnie nie zawiedzie o poranku 2 lutego. 

Z pozdrowieniami spod samiuśkich Tater,
A

PS Kolejny wpis pojawi się w przyszły wtorek. W międzyczasie zapraszam do śledzenia moich losów na Facebooku (KLIK) oraz Instagramie (nazwa użytkownika: matkapracujaca), bo na razie tylko tam toczy się moje wirtualne życie ;)




Przepyszna sałatka bałkańska

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska

Witajcie! Wielkimi krokami zbliża się kolejny karnawałowy weekend, zatem dziś chciałabym zaprezentować Wam przepis na przepyszną sałatkę, która jest hitem każdej urządzanej przez nas imprezy. Sałatka ta jest uwielbiana przez dorosłych i dzieci, i gwarantuję Wam, że lepszej w życiu nie jedliście;)


SKŁADNIKI

Poniżej podaję przybliżone proporcje składników, z których otrzymamy 1 średniej wielkości miskę sałatki.

  • 1 szkl. ugotowanej piersi z kurczaka
  • 1 szkl. szynki 
  • 1 szkl. żółtego sera np. goudy
  • 1 szkl. pomidorów pokrojonych w kostkę
  • 1 pęczek natki pietruszki


SOS

  • 1 szkl. jogurtu naturalnego (ewentualnie śmietany)
  • 2 łyżki majonezu
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 czubata łyżeczka majeranku
  • sól
  • pieprz


PRZYGOTOWANIE

Przyrządzanie sałatki rozpoczynamy od wykonania sosu czosnkowo-majerankowego. 

Do szklanki z jogurtem naturalnym dodajemy majonez (możemy z niego zrezygnować, jeśli sałatkę będą jadły dzieci), przeciśnięty przez praskę czosnek oraz majeranek. Całość przyprawiamy do smaku solą i pieprzem i dokładnie mieszamy. Gotowy sos odstawiamy w chłodne miejsce "do przegryzienia" na min. 30 minut.

W międzyczasie przygotowujemy pozostałe składniki. 

Ugotowaną pierś z kurczaka, szynkę oraz żółty ser kroimy w średniej wielkości kostkę. 

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska


Pomidory sparzamy wrzątkiem i obieramy ze skórki. Przekrawamy na pół i za pomocą łyżki pozbawiamy ziaren. Kroimy w kostkę.

Natkę pietruszki pozbawiamy grubszych łodyżek i grubo siekamy. 

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska


Mięso, wędlinę, ser, pomidory oraz natkę przekładamy do miski i polewamy dressingiem.

sałatka bałkańska, sos czosnkowy, sos czosnkowo-majerankowy, sałatka śródziemnomorska

Wszystko dokładnie mieszamy, a następnie sprawdzamy, czy sałatka jest wystarczająco słona. Po ostatecznym doprawieniu odstawiamy w chłodne miejsce na min. godzinę, a najlepiej na całą noc.

Na zakończenie chciałabym życzyć Wam smacznego oraz spokojnego i rodzinnego weekendu.

Buziaki,
A

PS Czy próbowaliście już najlepszego na świecie sosu winegret?

Czwartkowy Klub Fajnych Imion

Zapewne słyszeliście o tym, że wkrótce zmienią się zasady nadawania imion nowo narodzonym dzieciom. Co to oznacza? Ni mniej ni więcej to, że rodzice będą mogli nadawać swym potomkom imiona obce jak również niewskazujące na płeć. Ponieważ jestem wielbicielką imion niepopularnych oraz tych bardziej wyszukanych, które do tej pory były poza zasięgiem polskich rodziców, wpadłam na pomysł coczwartkowych obrad "Klubu Fajnych Imion". 

Skąd pomysł na taką inicjatywę? Moja bliska koleżanka, która dwa dni temu urodziła chłopca, zwróciła się do swoich znajomych o przesyłanie propozycji imienia dla jej malucha, gdyż wszystkie popularne obecnie imiona wydają jej się być bardzo oklepane. Dzięki zbiorowej burzy mózgów już dziś wiadomo, że chłopiec będzie miał na imię Eljasz.  

Dlatego głównym celem "Klubu Fajnych Imion" będzie promowanie imion prostych, niepopularnych, zapomnianych jak również obcobrzmiących i tych bardziej wyszukanych. Mam nadzieję, że dzięki tej inicjatywie wielu rodziców ominie problem braku pomysłu na imię dla ich dzidziusia.  

To co, przyłączacie się do mojego klubu? Jeśli tak, oto zasady jego działania:

Na tablicę na FB lub Twitterze wrzucamy post z propozycją ciekawego imienia dla chłopca lub dziewczynki z podaniem powodu, dla którego to imię nam się podoba. Na koniec tagujemy #klubfajnychimion dla łatwiejszej identyfikacji:) I to by było na tyle. Jeśli macie taką wolę, możecie wspomnieć o tej inicjatywie na Waszym blogu lub fanpage'u, ale tu wybór pozostawiam Wam:)

Za chwilę wrzucam pierwszą propozycję na mój FB fanpage i czekam na Was:) 

Pamiętajcie, że  "Klub Fajnych Imion" obraduje w każdy czwartek!

Jesteś taki sam jak twój ojciec...

porównywanie dzieci do rodziców, jesteś taki sam jak twój ojciec, cechy odziedziczone po rodzicach, jaki ojciec taki syn, matka pracująca, matkapracujaca.pl, blog,

Jesteś taka sama jak twoja matka... Zamiast kropek wstaw dowolny, zależny od sytuacji przymiotnik. Zazwyczaj o negatywnym wydźwięku, prawie nigdy o pozytywnym. Zawsze raniący i poniżający dziecko, jak i osobę, do którego cech się odnosi.

Nie mam na myśli wyglądu zewnętrznego, w którym zakochani we wnukach dziadkowie dopatrują się podobieństwa do ich własnych dzieci lub, co gorsza, do siebie samych. I nie chodzi tu również o osiągnięcia dziecka czy jego umiejętności, lecz o sposób zachowania i cechy charakteru, które naszym zdaniem są dokładną kopią tych posiadanych przez drugiego rodzica.

W moim rodzinnym domu, w którym ojciec pojawiał się tylko w weekendy, bardzo często z ust mojej mamy padały słowa, że jestem taka sama jak mój ojciec: małostkowa, uparta i oszczędna. Tato nie był mamie dłużny. By zagrać jej na nerwach i wyładować frustrację spowodowaną dość chłodnym traktowaniem go przez własną żonę, zwykł mawiać do mnie: "Jesteś taka sama jak twoja matka: kłótliwa, nieustępliwa i nieczuła". A mnie, kilku- a później kilkunastoletniej dziewczynie, aż uszy więdły od tych wszystkich epitetów, nie wspominając o samoocenie, której poziom chwilami sięgał dna.

NIGDY NIE BĘDĘ TAKA JAK MOI RODZICE

Będąc nastolatką, powzięłam postanowienie, że nigdy nie udowodnię moim rodzicom, że mieli rację. Gdy dochodziło do sytuacji konfliktowych, wolałam ugryźć się w język, byle tylko ktoś kolejny raz nie zarzucił mi, że jestem kłótliwa. Gdy dostawaliśmy z bratem paczki świąteczne, celowo zostawiałam swoją na wierzchu, by uniknąć bycia posądzoną o to, że nie chcę się podzielić z nim otrzymanymi słodyczami  (brat mój, nota bene, zjadał wszystkie swoje słodycze, później bez pytania moje. A ja się godziłam na taką jawną niesprawiedliwość, gdyż nie chciałam być porównana do taty). Wtedy też przyrzekłam sobie, że nigdy, ale to nigdy nie powiem moim dzieciom, że są takie same jak ich ojciec. Do dziś...

JAKI OJCIEC, TAKI SYN?

Było późne popołudnie, gdy Michał z Kubą wrócili z przedszkola. Jak zwykle zrzucili swe kurtki na krzesło, które nie wiem po co stoi w przedpokoju. Kubuś dodatkowo pozostawił ubłocone buty w przejściu pomiędzy przedpokojem a kuchnią i nie bacząc na ciskane nań gromy, pognał przywitać się z bratem. Na moje prośby, by wrócił, odwiesił kurtkę na wieszak i schował obuwie do szafki, nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Gdy 5 raz powtórzyłam, by posprzątał swoje rzeczy, nawet nie wiem kiedy padły te słowa: "Jesteś takim samym bałaganiarzem, jak twój ojciec".

Słowo ojciec i bałaganiarz odbiło się głośnym echem w moich uszach. Dobrze wiedziałam, że w tym momencie skrzywdziłam dwie najbliższe mi osoby: syna i męża. Nie miałam prawa wytykać Kubusiowi negatywnych cech jego taty, nawet w złości, gdyż nasz syn kocha nas oboje i nie powinien być nastawiany przeciwko drugiemu rodzicowi. 

DZIECKO JAKO ODRĘBNA JEDNOSTKA

Mimo podobieństw, które dostrzegamy w naszych pociechach, one wciąż są odrębną jednostką, która ma genetyczne prawo posiadać swoiste cechy charakteru jak i te odziedziczone po którymś z rodzicieli. A za to nie powinno się ich w żaden sposób winić lub, co gorsza, potępiać. W końcu sami dobrowolnie wybieramy sobie ojców lub matki dla naszych dzieci i oczywiste powinno być dla nas to, że w naszych maluchach mogą w przyszłości ujawnić się zalety oraz wady naszych partnerów. Poza tym nikt nie lubi być porównywany do innych czy oskarżany o bycie spadkobiercą wad matki lub ojca. Dlatego rodzice powinni otwarcie rozmawiać o rzeczach, których nie mogą w sobie nawzajem zaakceptować, a także o problemach trapiących ich związek, a nie rozwiązywać ich za pomocą aluzji i nośnika, którym jest ich własne, niczemu niewinne dziecko.  

A czy Wam zdarza się porównywać Wasze dzieci do ich ojców lub mam? A może w dzieciństwie mieliście podobne doświadczenia do moich? Co wtedy czuliście?

Blogowe podsumowanie roku 2014 vol 2.


Po pierwszej części blogowego podsumowania roku 2014 miałam lekkiego kaca moralnego. Nie wiem, czy moje negatywne myśli były wynikiem braku Świąt czy frustracją spowodowaną niedoborem cukru i tłuszczu w organizmie w związku z narzuconą mi dietą pooperacyjną, ale poczułam, że zabrnęłam za daleko w swojej ocenie.


I gdy tak sobie dumałam nad moją blogową teraźniejszością i przyszłością, na kilkunastu innych stronach internetowych pojawiły się wpisy, których autorzy dostrzegli niemal te same problemy trapiące blogosferę parentingową, co ja. Czarę goryczy przelały donosy dotyczące popularności zdobytej co poniektórych dzięki kupionym w internecie lajkom. A ja naiwna sądziłam, że ludzie odnoszą sukces rezultatem ciężkiej pracy i posiadania odrobiny talentu. Widzę, że wciąż tkwię zanurzona po kolana w moim młodzieńczym idealizmie i wierzę, że powodzenie danego przedsięwzięcia musi być okupione krwią, potem i łzami. Na moje szczęście, każdy dzień coraz szerzej otwiera mi oczy, które zaczynają dostrzegać, o co w tym wszystkim chodzi i co blogowanie daje w zamian za te wszystkie godziny spędzone przed komputerem. 

Dojście do niektórych wniosków zajęło mi więcej czasu, niż opisanie tego, co wkurza mnie w blogosferze. Taka jest nasza ludzka natura. Łatwiej przychodzi nam krytykowanie innych, a trudniej znalezienie czegoś, co nam w nich odpowiada. W końcu siedząc w uczelnianej ławie i słuchając jednym uchem monologu wykładowcy na temat logistyki produkcji, olśniło mnie. Blogowanie jest super (jakież to odkrywcze;), ponieważ...

MAMY SZANSĘ LEPIEJ POZNAĆ... SIEBIE




Prowadzenie bloga daje nam okazję do retrospekcji i spojrzenia na siebie pod innym niż dotychczas kątem. Przy tak szybkim tempie życia, jakie prowadzą dzisiejsi rodzice, trudno jest się zatrzymać, aby pomyśleć o sobie, swoich uczuciach i potrzebach. Zazwyczaj "ja" stoi gdzieś daleko za "ty", "wy", "oni", ale podczas tworzenia bloga to "my" wysuwamy się na pierwszy plan. Tu możemy być sobą: mamą lub tatą, żoną albo mężem, a przede wszystkim kobietą lub mężczyzną;) Nie musimy przywdziewać modnych szat czy nakładać makijażu, by zostać zauważonymi. Wystarczy wygodny dres, ciepłe kapcie, kubek kawy i historia, którą podzielimy się z naszymi czytelnikami.

BLOGOWANIE UCZY




Nigdy nie przypuszczałabym, jak szeroki zakres wiedzy trzeba posiąść, by móc nazwać siebie "blogerem". Od kompozycji tekstu, poprawnej Polszczyzny, podstaw fotografii i obróbki zdjęć, grafiki komputerowej, programowania, aż po badanie rynku, marketing, PR, dobrą obsługę klienta, negocjacje i zarządzanie kryzysowe

Pisanie bloga niewątpliwie uczy nas pokory i cierpliwości. Doskonale pamiętam jak długo przyszło mi czekać na pierwsze 100 wyświetleń strony lub pierwszy komentarz, nie wspominając o polubieniach na FB. Niektórzy zostają zauważeni po miesiącu, inni po kilku latach lub nigdy. Wszystko zależy od ich zaangażowania oraz otwartości na nowe doświadczenia i ludzi. Bo tworzenie dobrego bloga wymaga wyjścia z naszych stref komfortu i otwarcia się na innych. Ponad rok zajęło mi zrozumienie rzeczy, o której przeczytałam na samym początku mojej blogowej przygody: blog to ludzie. Nie można zamykać się w swoich 4 ścianach i liczyć na to, że czytelnicy sami do nas przyjdą. Nic bardziej mylnego. Sami musimy do nich wyjść, wyciągnąć rękę i powiedzieć "Podążajcie ze mną. Chcę byście stali się częścią mojego życia".

BLOGOWANIE = NETWORKING




Dla mnie rok 2015 stoi pod znakiem networkingu i nawiązywania kontaktów. Pragnę otworzyć się na nowe blogowe (i nie tylko) znajomości i przyjaźnie. Chcę dzielić się swoją wiedzą, przemyśleniami i doświadczeniami, które dotychczas zdobyłam. Marzę o tym, by ten nasz parentingowy światek pokazał wszystkim innym twórcom blogów, na co nas stać. Czy wiecie, że w USA ponad 50% blogerów stanowią rodzice, a 1 na 3 blogerów jest mamą, co tylko potwierdza, jak wielka siła tkwi w naszej, tak często lekceważonej niszy. 

Pisząc powyższe słowa, widzę coraz jaśniejsze światełko w tunelu. Dostrzegam, ile dobrego możemy razem zdziałać, jeśli tylko schowamy do kieszeni nasze dumy, ambicje, a przede wszystkim wrogość i nietolerancję wobec odmiennych poglądów wygłaszanych przez innych członków blogosfery. Może to wyświechtany slogan, ale życie nieraz pokazało, że razem możemy więcej niż w pojedynkę. Wspierając się nawzajem, służąc radą i pomocą zdziałamy więcej niż samodzielnie. I chrzańmy te wszystkie rankingi i porównania, kto jest lepszy, kto jest gorszy, bo szkoda życia i energii na udział w kolejnych wyścigach szczurów, których zwycięzcy tak naprawdę nic nie wygrywają poza chwilowym rozgłosem.

ZAMIAST RYWALIZOWAĆ, ZJEDNOCZMY SIĘ




Służąc sobie nawzajem wiedzą, pomocą i wsparciem możemy zdziałać cuda. Najlepszym przykładem niech będą dla nas dziewczyny, które powołały do życia "Zwierzaki Pocieszaki" i wszystkie inne mamy, które wzięły udział w dziesiątkach blogowych akcji. Może zamiast analizować i porównywać statystki lub, co gorsza, wylewać pomyje na głowy osób, z których zdaniem się nie zgadzamy, czas wziąć sprawy w swoje ręce,  wytężyć umysł i w końcu zrobić lub napisać coś, z czego będą mogli skorzystać nasi bliźni, a nie tylko my sami?

A jakie jasne strony prowadzenia bloga dostrzegacie Wy, moi drodzy Czytelnicy?

Miłego poniedziałku,
A

Najlepszy na świecie sos winegret do sałaty + bonus.


Witajcie! Dziś zdradzę Wam jeden z kulinarnych sekretów, który został mi powierzony przez jednego z najlepszych szefów kuchni, z którymi przyszło mi kiedyś pracować. Jest nim super tajny przepis na najlepszy na świecie sos winegret do sałaty.

Jako zapracowana mama dwójki małych dzieci nie mam zbyt wiele czasu na gotowanie, a tym bardziej na kulinarne eksperymenty w kuchni. Jestem wielką zwolenniczką dań jednogarnkowych, gotowania w wolnowarze oraz prostych sałatek i surówek, których przygotowanie zajmuje dosłownie kilka minut. 

Jeśli chodzi o sałatki i surówki, moje dzieci preferują klasykę - buraczki, marchewkę z groszkiem i mieszane warzywa gotowane na parze. Natomiast ja i mój Szanowny uwielbiamy dobrze przyprawione sałaty, które najczęściej składają się tylko z dwóch składników: z sałaty i sosu. 

SOS WINEGRET

Ile domostw, tyle wersji. Każdy z moich znajomych przyrządza go na swój sposób. Niektórzy stawiają na gotowce, a szkoda, gdyż jest to jeden z najprostszych dressingów, do przygotowania którego większość składników znajduje się w naszych spiżarniach. Mój winegret jest przepyszny w smaku i przede wszystkim na tyle gęsty, że nie ląduje od razu na dnie miski, lecz obkleja każdy, pojedynczy liść sałaty. Moim zdaniem nie ma nic gorszego niż trafić zębem na taki własnie suchy kawałek. Wtedy czuję wyjątkowo bliską więź ze zwierzyną pastewną ;)

No dobrze, czas przejść do sedna sprawy, czyli do przepisu.

SKŁADNIKI


  • 1 średniej wielkości cebula (może być szalotka, czerwona, czosnkowa, etc.)
  • 1 czubata łyżeczka ostrej musztardy (np. Dijon)
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu
  • 1 ząbek czosnku
  • 3 łyżki białego octu winnego
  • 1 łyżka przegotowanej wody
  • 0,5 szklanki oliwy oliwy z oliwek lub dobrego oleju
  • 1 łyżeczka miodu (użyłam rzepakowego, który jest mniej słodki niż np. miód wielokwiatowy)

PRZYGOTOWANIE

Cebulę kroimy w bardzo drobną kostkę i przekładamy do przygotowanej miseczki.


Dodajemy musztardę i przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku.


Dodajemy sól i pieprz.



Wlewamy 3 łyżki octu winnego oraz łyżkę przegotowanej, dość ciepłej wody, dzięki której składniki sosu lepiej się ze sobą połączą. Zwłaszcza sól i miód.


Dokładnie ucieramy wszystkie składniki jednocześnie wlewając cienką stróżką oliwę z oliwek.
Ważne jest to, by oliwa dokładnie połączyła się z octem, a sos uzyskał kremową, dość gęstą konsystencję.







Na koniec dodajemy łyżeczkę miodu, który dodatkowo złagodzi kwaskowaty smak winegretu i nada mu ten wyjątkowy aromat.


Gotowy sos łączymy z sałatą.


Na koniec BONUS

Jeśli dotrwaliście aż do tego momentu, mam dla Was nagrodę. Zdradzę Wam kolejną tajemnicę, którą przekazał mi kucharz, z którym pracowałam w Szkocji. 

TAJEMNICA IDEALNEJ SAŁATY Z SOSEM WINEGRET

Po pierwsze: sałata musi być świeża, co można łatwo ocenić np. po kolorze głąba. Im jest jaśniejszy, tym sałata krócej leżała na półce. To samo tyczy się sałat sprzedawanych w torebkach. Ich kondycję najłatwiej ocenić po kolorze kawałków sałaty lodowej, które po pewnym czasie brązowieją. Kupując w marketach, pamiętajcie o zasadzie FIFO (first in, first out), co oznacza, że najświeższe produkty znajdują się w tylnej części półki sklepowej, a mniej świeże w przedniej (pierwsze na nią weszły, pierwsze z niej muszą wyjść). 

Po drugie: przed dodaniem sosu, sałatę należy dobrze przyprawić solą i pieprzem. 

Po trzecie: dressing najlepiej jest wmasować dłońmi lub łyżkami w każdy, pojedynczy listek. Tylko wtedy mamy gwarancję, że dokładnie pokrył sałatę oraz że nie spłynie nam na dno miski.




A jakie są Wasze kulinarne sekrety? Podzielcie się nimi w komentarzu lub wklejcie linki do Waszych blogów:)

Miłego czwartku,
A

Pracować czy nie pracować, czyli jak podjąć właściwą decyzję.

Dzisiejszy post jest pierwszym z nowej serii wpisów pt.:"Mama i praca" poświęconych powrotowi mamy na rynek pracy po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym. Jakiś czas temu, po długich rozmowach z moim mężem i rozważaniu wszystkich za i przeciw zdecydowaliśmy, że nadszedł czas, bym porzuciła domowe pielesze i ponownie podjęła zatrudnienie. Co ciekawe, mój pracodawca sam zwrócił się do mnie z prośbą o skrócenie urlopu wychowawczego, co w świetle prawa jest możliwe również na wniosek pracownika. O formalnościach z tym związanych napiszę w jednym z kolejnych postów. 


Wracając do tematu, zanim podjęliśmy z mężem finalną decyzję, zadaliśmy sobie kilkanaście pytań, dzięki którym mogliśmy głębiej przeanalizować sytuację naszej rodziny oraz opracować plany awaryjne na każdą ewentualność. Już na starcie musieliśmy stawić czoła nie lada wyzwaniu: okazało się, że jedna z babć, która miała pierwotnie zaopiekować się naszym maleństwem będzie niedostępna do marca 2015. A ja otrzymałam propozycję powrotu do firmy w styczniu. I co teraz? Szef czeka na moją odpowiedź, a jeden z głównych filarów naszej nowej, domowej organizacji, upada. Wracać do pracy, czy kontynuować urlop wychowawczy ryzykując utratę zatrudnienia lub kłopoty po powrocie?

Jeśli jesteś mamą rozważającą ponowne podjęcie zatrudnienia, a nadal nie jesteś w 100% pewna, czy jest to dla Was najlepsze rozwiązanie, szczerze odpowiedz sobie na poniższe pytania. Być może po przeanalizowaniu wszystkich punktów dojdziesz do wniosku, że korzystniejszym z wielu względów rozwiązaniem dla Waszej rodziny będzie, jeśli pozostaniesz w domu lub wręcz przeciwnie, że pora odkurzyć CV.




JAKIE SĄ TWOJE ŻYCIOWE PRIORYTETY?

Zapisz je w kolejności malejącej. Na Twej liście mogą znaleźć się takie hasła jak: dziecko, rodzina, kariera zawodowa, bezpieczeństwo finansowe, podróże, mieszkanie czy też rozwój osobisty. Przy każdym z punktów zaznacz, co umożliwi Ci osiągnięcie danego celu: pozostanie w domu czy praca zawodowa.

JAKA JEST WASZA SYTUACJA FINANSOWA?

Rozbierz na czynniki pierwsze Wasze dotychczasowe przychody i rozchody i sprawdź, czy druga pensja jest niezbędna Waszej rodzinie do związania końca z końcem. A może dzięki odpowiedniej redukcji wydatków obędziecie się na jakiś czas bez niej? Ważne jest również to, byś przekalkulowała, jakie nakłady finansowe będą wiązały się z Twoją pracą zawodową: ile wydasz na dojazd czy ubrania. Przemyśl, czy opłaca się Wam zatrudnić opiekunkę dla dziecka i ile pieniędzy pozostanie z Twojej pensji po jej opłaceniu. Być może okaże się, że bardziej ekonomicznym rozwiązaniem będzie, jeśli pozostaniesz z dzieckiem w domu.

W KTÓREJ ROLI WIDZISZ SIEBIE: MAMY PRACUJĄCEJ CZY NIEPRACUJĄCEJ? 

Bądź wobec siebie szczera i weź pod lupę swoje odczucia związane z perspektywą dalszego pobytu w domu i porzucenia myśli o pracy, jak i powrotu do pracy i oderwania się na 8h od spraw domowych. Czy czujesz, że któraś z tych dwóch opcji jest dla Ciebie trudna do zaakceptowania np. z powodu stresu, który towarzyszy Ci na co dzień w firmie lub z powodu, nie oszukujmy się, zmęczenia całodobowym macierzyństwem ?

CZY JESTEŚ GOTOWA NA ROZŁĄKĘ Z DZIECKIEM?

Zastanów się, czy jesteś w stanie oswoić się z myślą, że Twoim maluchem zajmuje się inna, często obca kobieta? Czy w Twoim mniemaniu jesteś jedyną osobą, która potrafi zaspokoić wszystkie potrzeby Twego dziecka? Czy wierzysz w to, że uda Ci się znaleźć opiekunkę, która będzie tak samo dobrze zajmować się twoim bąblem jak Ty? Czy obdarzysz ją zaufaniem i zdołasz na 8h oderwać się od spraw domowych i skupić na pracy?

CO CZUJESZ NA MYŚL, ŻE INNA OSOBA BĘDZIE ŚWIADKIEM NIEKTÓRYCH KLUCZOWYCH ETAPÓW I WYDARZEŃ W ŻYCIU TWOJEGO DZIECKA?

Czy będziesz w stanie pogodzić się z faktem, że ktoś inny zobaczy pierwsze samodzielne kroki Twojego dziecka lub jego pierwszy śmiech? Czy nie będzie dla Ciebie problemem, gdy bobas przywiąże się do swojej opiekunki? Czy zdołasz zapanować nad zazdrością i nad matczynymi wyrzutami sumienia, które mogą się pojawić w związku z rozłąką z dzieckiem?

CZY SPROSTASZ WYZWANIOM ZWIĄZANYM Z PRACĄ NA ETACIE I Z PROWADZENIEM DOMU/OPIEKĄ NAD DZIECKIEM?

Czy jesteś na tyle silna psychicznie i fizycznie, by pogodzić obowiązki zawodowe z domowymi? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że zadania, na które dotychczas miałaś cały dzień, będziesz musiała wypełniać wieczorami lub w weekendy kosztem własnego wolnego czasu? Czy to Ci odpowiada?

CZY MOŻESZ LICZYĆ NA POMOC MĘŻA LUB PARTNERA W WYKONYWANIU NIEKTÓRYCH PRAC DOMOWYCH?

Czy weźmie on na siebie część dotychczas wykonywanych przez Ciebie czynności jak np. robienie zakupów, pranie czy sprzątanie? Czy w sytuacjach kryzysowych znajdziesz wsparcie w swoich rodzicach lub teściach?

JAKIE WYMAGANIA STAWIA TWÓJ PRACODAWCA I JAKA JEST SPECYFIKA ZAJMOWANEGO PRZEZ CIEBIE STANOWISKA?

Czy będziesz mogła bez problemu skorzystać z przysługującego Ci urlopu lub zwolnienia na dziecko? Czy w grę wchodzi praca po godzinach/w godzinach nocnych lub wyjazdy w podróże służbowe? Czy Twoja praca jest na tyle zajmująca, że będziesz musiała czasami zabrać ją do domu? Czy Twój pracodawca zgodzi się na pracę na 0,5 lub 3/4 etatu? Czy będziesz mogła korzystać z przerw na karmienie piersią lub na telepracę z domu?

JAKI WPŁYW NA TWOJĄ KARIERĘ ZAWODOWĄ MOŻE MIEĆ DECYZJA O POZOSTANIU W DOMU?

Czy obawiasz się utraty kontaktu ze środowiskiem zawodowym, pozostania w tyle za innymi pracownikami, wypadnięcia z obiegu lub nawet utratą dotychczas zajmowanego stanowiska? Zastanów się, co możesz zrobić, by temu zapobiec. Czy mogłabyś sobie pozwolić na samodzielne opłacenie szkoleń/kursów/studiów chwilowo rezygnując z pracy zawodowej?

CZY MOŻESZ PÓJŚĆ NA KOMPROMIS, MIEĆ CIASTKO I JE ZJEŚĆ?

Czy masz szansę na pracę z domu choć przez kilka dni w tygodniu? Ku uciesze wielu mam, pojawia się coraz więcej ofert telepracy. Myślałaś już o tym, by rozejrzeć się właśnie za taką? A może w Twoim przypadku wchodziłoby w grę założenie jakiegoś własnego, domowego biznesu, który umożliwiłby związanie końca z końcem?

Podsumowując, z własnego doświadczenia wiem, że każda z opcji ma swoje wady i zalety, których skutek przyjdzie Ci bardzo szybko odczuć na własnej skórze. Na szczęście zawsze istnieją jakieś rozwiązania alternatywne. Ja np. skorzystałam z prawa do urlopu wychowawczego, który przerwałam, co umożliwi mi podreperowanie nadwątlonego budżetu domowego. Co będzie dalej, zobaczymy. Mimo wątpliwości i wielu obaw, zakasuję rękawy i biorę nasze życie za rogi, czego i Tobie życzę:)

Rok 2014 w moim obiektywie - filmik!


Witam i bez zbędnego przeciągania zapraszam na mój pierwszy w życiu filmik (hmm raczej pokaz slajdów) zawierający zdjęcia bardzo osobiste, z których większość nigdy nie znalazła się na blogu.

Miałam je po prostu wkleić w treść wpisu, ale pomyślałam, że taka nowa forma prezentacji będzie ciekawsza. Może kiedyś, gdy dorobię się lepszego sprzętu, nakręcę jakiś vlog? Zobaczymy...

Mam nadzieję, że filmik przypadnie Wam do gustu. Dla mnie jego tworzenie było świetną zabawą i okazją do wspominania tych pięknych chwil, które przeżyliśmy w ciągu 12 miesięcy zeszłego roku.

Miłej niedzieli,
Ania

Noworocznie...


Z kieliszków uciekły już bąbelki, ucichły głosy fajerwerków, a w eterze wybrzmiewają ostatnie akordy hitu sprzed lat. Happy New Year, happy New Year...


Początek roku zawsze skłania mnie do refleksji nad tym, co było i nad tym, co nas dopiero czeka. Mniej więcej o tej porze, rok rocznie, daję sobie sama po łapach, gdy te próbują odnaleźć w nieprzebranych zasobach internetu horoskop, który, choć odrobinę, rozjaśni mi ciemność, którą spowita jest przyszłość moja i mojej rodziny. I chociaż nigdy, ale to nigdy żadna z przepowiedni mi się nie sprawdziła, to, chcąc nie chcąc, zdarza mi się ulegać ich przesłaniu. Z Bogiem sprawa, gdy wieści są dla mnie pomyślne. Wtedy aż rozsadza mnie chęć do działania, tworzenia, zdobywania. Gorzej, gdy czytam rzeczy negatywne: choroba kogoś bliskiego, problemy w pracy, brak pieniędzy... 

Dlatego w tym roku daję sobie zakaz zastanawiania się nad tym, co przyniesie mi los. Nie robię absolutnie żadnych planów, postanowień czy przyrzeczeń. Po prostu chwytam dzień. Od rana do późnej nocy szukam sposobów na lepsze, przyjemniejsze i bardziej satysfakcjonujące życie. Dziś odnaleźliśmy szczęście we wspólnej, rodzinnej grze w gry planszowe, a każde zwycięstwo opijaliśmy gorącym kakao. Niby tak mało, a tak wiele...

W tym nowym, 2015 już roku, życzę wszystkim Czytelnikom mojego bloga przede wszystkim zdrowia. Może to życzenie wydawać się Wam bardzo banalne, ale bez zdrowia po prostu nic nie wychodzi i nic nie ma sensu. Dlatego trzymajcie się ciepło i chwytajcie dzień. W końcu mamy aż...


Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *