Pędząc do przodu...



Nie lubię zmian, zwłaszcza tak radykalnych, ale czas nie stoi w miejscu i zmusza nas do ścigania się z nim nawet wbrew naszej woli. Stało się. Równo dwa tygodnie temu porzuciłam domowe pielesze i po dwóch cudownych i przede wszystkim spokojnych latach wróciłam do pracy.

ROZSTANIE

Rozstanie z Arturem, z którym dotychczas spędzałam niemal 24h/dobę, obyło się bez łez i rwania włosów. Było buzi i papa na do widzenia i cierpliwe odliczanie długich godzin dzielących mnie od powrotu do domu. A w pracy? Sporo osób było zaskoczonych na mój widok, sądząc, że wpadłam jedynie na kilka minut w odwiedziny. W moim dziale pojawiły się nowe twarze, które początkowo podchodziły do mnie z dużą rezerwą, czym wprawiały mnie w niemałą konsternację. No ale cóż, klamka zapadła, mleko się wylało, odwrotu nie ma. Rzucenie papierami jest ostatnią rzeczą, na którą mogłabym sobie pozwolić mając dwoje dzieci i kredyt we frankach do spłacenia. 

Sytuacja uległa znacznej poprawie po mniej więcej tygodniu. Gorzej z moimi siłami witalnymi, które na co dzień odchodzą w siną dal około godziny 20:00, gdy kładę moich chłopców spać. Wtedy muszę dokonać wyboru: kolejna kawa albo sen. I właśnie ten drugi ostatnio wygrywa większość wieczornych bitew, skutecznie odciągając mnie od bloga i tym podobnych uciech. 

LEPSZE ŻYCIE? INNE ŻYCIE!

Byłam na siebie zła, że w całym mym dniu, tak mało czasu pozostało dla mnie samej. Bo blog był i jest moją największą odskocznią od codzienności, która potrafi dać mi nieźle w kość. Z drugiej strony, czytając o tych wszystkich aferach blogorokowych i ogólnemu wyścigowi blogowych szczurów, do których chcąc nie chcąc większość z nas, blogerów się porównuje (wypadając najczęściej bardzo blado), moja chęć i przede wszystkim wena odeszły w siną dal. Zachęcona przez kilka moich Czytelniczek, postanowiłam strzelić sobie dziś mocne espresso i dać znak życia :) Bo żyję. Czy lepiej niż jeszcze dwa tygodnie temu? Dziś jest mi wciąż ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Jest na pewno inaczej, ale i do tej inności zaczynamy się wszyscy przyzwyczajać, a nowy rozkład dnia staje się tym obowiązującym przez następne lata, a może nawet dekady...

NIE IDĄC DO PRZODU, COFAMY SIĘ

Zmiany, choć budzą w nas uzasadniony lęk, są potrzebne. I nam, dorosłym, a także, wbrew pozorom, naszym dzieciom. Dzięki zmianom nasze maluchy dorastają i ćwiczą tak ważną w dzisiejszych czasach umiejętność adaptacji do zmieniających się warunków i sytuacji. Ja po dwóch latach życia w domowym kokonie powiedziałam pass. Stwierdziłam, że czas wyjść z domu i stawić czoła rzeczywistości. Niektóre moje koleżanki przedłużają sobie tę domową sielankę zachodząc w kolejną ciążę, ale summa summarum nie jest to rozwiązanie długoterminowe, gdyż kiedyś w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie: "Co dalej?".  Ja już znam na nie odpowiedź, dlatego mimo wypitego espresso położę się wcześniej spać, by jutro rano wstać prawą nogą, gdy zegar wybije 05:30. 

Z pozdrowieniami,

Matka Pracująca, co to żadnej pracy się nie boi;) 


Anna Michalska

"Rejoyce with your family in the beautiful land of life." Albert Einstein

13 komentarzy:

  1. Dasz radę matka, ja już miesiąc pracuje i jest coraz lepiej, wyłączając to, że już zachorowałam :( Ślę mocy dużo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za pocieszenie. Już teraz widzę, że z dnia na dzień jest coraz lepiej. Jutro nawet mamy działowe wyjście na miasto:D Niech moc będzie również z Tobą:)

      Usuń
  2. Dasz radę :) Co nas nie zabije to nas wzmocni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz bardziej zaczynam w to wierzyć:)

      Usuń
  3. Podjęłaś dobrą decyzję - dzieci rosną szybko, potrzebują nowych bodźców, a Ty poświęciłaś swojemu Maluszkowi dużo czas. Teraz pora na Ciebie :). Myślę, że ostatecznie każde z Was zyska :). Życie to rozwój, zmiany - któey bywają trudne, ale nie warto od nich uciekać. Trzymam kciuki za Was. Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą decyzją to było trochę tak, że w sumie nie miałam wyboru. I ten brak alternatywy jest moim głównym motorem, który napędza mnie do działania. Na szczęście Artuś dobrze znosi tę naszą separację, dzięki czemu w pracy mogę skupić się na swoich obowiązkach, a nie myśleć o tym, co się dzieje w domu. Również pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Matko przenajświętsza, 5.30???? Gdybym ja wstawał atak wcześnie do pracy, to na pewno nie byłabym w stanie napisać czegokolwiek na blogu. Zmiany są dobre, to na pewno, nawet te radykalne. A jeśli chodzi o nowe porządki, to do wszystkiego się człowiek przyzwyczaja.Będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz rację, prędzej czy później kiedyś trzeba będzie zrobić ten krok, lepiej zrobić go prędzej!, To dobra decyzja! :)

    http://lamodalena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj nie była to z pewnością dobra decyzja ale jak widać wszystkim chyba wyszła na dobre. Z czasem się wszystko unormuje i na blogowanie znajdziesz chwilę. A afery zawsze były i zawsze będą. Na szczęście dotyczą tych "grubych ryb blogosfery" a nasz omijają szerokim łukiem. ;) Trzymaj się i powodzenia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, czy to była dobra czy zła decyzja - to zrewiduje czas. Chciałam wrócić do pracy, ponieważ lubię ją, bo pozwala mi się cały czas rozwijać, ale żal mi tych wszystkich piżamowych poranków, spacerów i czasu, który w domu dużo wolniej płynie... Pozdrówka:)

      Usuń
  7. Każda z nas musi się z tym w końcu zmierzyć. Dwa lata to i tak dużo czasu w domu z dziećmi. Zazdroszczę Ci tego. Ja byłam z synkiem tylko i aż 13 miesięcy i serce mi pękało, że muszę wracać do pracy. A musiałam bo właśnie kredyt :-p. Dziś jest jak jest, łączę pracę z domem, ale czasu dla siebie rzeczywiście brakuje. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń