Jak to wszystko ogarnąć?

6.3.15

Wiele mam wracających do pracy po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym narzeka na permanentny brak czasu, natłok obowiązków i ogólną życiową dezorganizację. Niektóre z nich po miesiącu czy dwóch z bezsilności składa broń i z dnia na dzień odchodzi z pracy lub wraca na bezpłatny urlop wychowawczy. Ja do nich nie należę i za chwilę napiszę Wam dlaczego. 


Na początek zarys naszej sytuacji życiowej. Zacznę od tego, że będąc mamą dwójki dzieci, już dwukrotnie wróciłam do pracy po "odchowaniu" moich maluchów. Po urodzeniu Kubusia - po równo roku, po narodzinach Artusia - po 18 miesiącach. Czy zrobiłam to za wcześnie czy za późno - to pozostawiam bez komentarza. Dodam tylko, że mój starszy syn nie ma żadnych lęków, nie moczy się w nocy i ma ze mną świetny kontakt. Dla mnie znaczy to mniej więcej tyle, że raczej nie doznał uszczerbku na psychice przez to, że spędziłam z nim jedynie 12 miesięcy, a nie 3 czy 4 lata.

PLAN DNIA - SZAŁ CIAŁ OD SAMEGO RANA

Codziennie wstaję o godzinie 5:30, a wynika to z faktu, iż od mojego miejsca pracy dzieli mnie mniej więcej 50 km, które pokonuję w około 50-60 minut. Przed wyjściem do pracy szykuję sobie i dzieciom ubrania (często dopiero wtedy je prasuję), przygotowuję śniadanie, czasem nawet myję podłogę. Czyż czysta podłoga nie daje od razu wrażenia porządku w domu? Moim zdaniem tak, więc mopowanie 50m2 opanowałam do perfekcji pod względem czasowym (robię to w max. 10 minut) i jakościowym. 

Z domu wychodzę ok. godziny 7:00. Ponieważ pracuję w korporacji, przerwa na lunch wydłuża moje godziny pracy o dodatkowe 30 minut. Do tego kolejnych 60 na powrót i jestem ponownie w domu o 17:30. 

HONEY, I'M HOME!

Wracając robię niewielkie, codzienne zakupy w osiedlowym sklepiku - głównie chleb, mleko i żółty ser. W pozostałe produkty spożywcze zaopatruję się raz w tygodniu - w sobotę. Tworzę wtedy mega długą listę zakupów, którą przekazuję mężowi do realizacji. Tym sposobem eliminuję potrzebę biegania po marketach w środku tygodnia, a odpowiednie przechowywanie jedzenia gwarantuje, że nawet wędlina wytrzymuje tydzień czasu w niezmienionej formie.

No dobrze, jest 17:30 i co dalej? Od tej pory zajmuję się tylko i wyłącznie dziećmi. Bawimy się, czytamy, przytulamy, opowiadamy o tym, co ciekawego przyniósł nam dzień, po prostu jesteśmy razem. Czasami idziemy w odwiedziny do przyjaciół lub rodziny. Zdarza nam się wyskoczyć do sali zabaw lub na pizzę. Gdy dni będą dłuższe, będziemy chodzić całą naszą czwórką na długie wiosenne spacery, robić wycieczki rowerowe i spędzać maksymalną ilość czasu poza domem. Teraz jednak, gdy wcześnie robi się ciemno, obaj moi chłopcy ok. 20:00 leżą już grzecznie w swoich łóżeczkach (co nie oznacza, że od razu zasypiają, bo to następuje po około godzinie spędzonej na wspólnym czytaniu bajek i rozdawaniu buziaków). 

Od 21:00 zaczyna się tzw. "czas dla siebie", który spędzam na:

  • sprzątaniu całodziennego bałaganu 
  • włączeniu przynajmniej jednego ładunku prania (staram się prać codziennie, przez co nie miewam gór prania w łazience).
  • zrobieniu kolacji dla siebie i męża, i rozmowach o tym, jak nam minął dzień
  • załadowaniu zmywarki
  • poskładaniu już wysuszonych ubrań (swoje ciuchy prasuję przed założeniem, dziecięce ubrania i koszule męża uwielbia prasować moja mama, więc często korzystam z jej weekendowej pomocy)
  • gotowaniu obiadu na następny dzień lub przygotowaniu składników, które wykorzysta babcia Artusia. Dodam tylko, że jej zadaniem jest tylko i wyłącznie opieka nad maluchem i jego karmienie. Prace domowe to domena moja i mego Szanownego.
  • spaniu / czytaniu / oglądaniu TV / czasem na pisaniu bloga :D

Efektem powyższych działań jest to, że o 23:00 zasypiam w domu, w którym nie panuje chaos, dzieci są odpowiednio zadbane, a w lodówce i w garnkach zawsze mam świeże jedzenie. To wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ogromne wsparcie mojego męża, który zaprowadza i przyprowadza z przedszkola naszego starszego synka, wyprowadza i karmi psa, jest odpowiedzialny za utrzymanie porządku w łazience, odkurzanie podłogi, mycie okien, comiesięczne opłacanie rachunków oraz za wspomniane sobotnie zakupy. Czy to dużo czy mało pozostawiam Waszej ocenie. Grunt, że u nas taki układ sprawdza się w 100%:)

A jak Wy to wszystko ogarniacie?

Miłego weekendu,

Matka Robokop :)

Koniecznie przeczytaj

12 komentarze

  1. Ależ Ty jesteś świetnie zorganizowana. Wow! :)
    Obym i jak potrafiła taka być jak wrócę do pracy.

    OdpowiedzUsuń
  2. super :) Zazdroszczę takiej organizacji! U nas też jest podział obowiązków, ale nieco inny. No i chyba rzeczywiście tak jest, że im masz mniej czasu tym jest go więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie wrodzone lenistwo codziennie przegrywa z poczuciem obowiązku i z myślą, że następnego dnia przychodzi do Artka moja teściowa. A wiesz jakie są teściowe;)

      Usuń
  3. Całkiem nieźle. U nas to mój mąż jest tym dojeżdżającym 50km do pracy, więc to ja muszę wszystkiego doglądać na miejscu. Prawdziwy problem zaczyna się z chwilą gdy dziecko zaczyna mieć swoje zainteresowania i trzeba wozić na zajęcia dodatkowe. Nie wyobrażam sobie wożenia dwójki, choć zdaję sobie sprawę, że ten czas nadejdzie lada moment.

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę godne podziwu. Zgadzam się z tym że by mama mogła pracować tatuś MUSI jej pomagać w obowiązkach domowych. Pójść do pracy to moje marzenie ale mój mąż nie jest na to gotowy. Mówi że woli pracować 12 godzin codziennie u swojego pracodawcy i później jeszcze dodatkowo u siebie w warsztacie - jest mechanikiem niż dzielić się domowymi obowiązkami. I niestety póki co muszę się z tym pogodzić bo sama nie wiem czy sobie poradzę że wszystkim. Mam 2 dzieci. 7 i 2,5 latka. Więcej o nas na 4razym.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak oboje partnerzy się przykładają, to można wszystko ogarnąć ;-).

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo Aniu. Ja z każdym dniem jakieś tam sobie obiecuje poprawki do życia, ale zwykle spontaniczność wygrywa. Niestety...

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak czas dla siebie spędzasz na sprzątaniu - ha ha ha skąd ja to znam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie wszystko jest na mojej glowie wlacznie z praca zawodowa.mam jedno dziecko ktore ogarniam rano do przedszkola ide do pracy a wracajac z pracy odbieram corke.zakupy jakies jedzenie pranie ogarniecie mieszkania.i tak caly tydz.moglam siedziec w domu ale wybralam prace choc czasami bardzo zaluje tym bardziej ze moglam pracieac takze e domu ale zamienilam wygode na przygode hehe

    OdpowiedzUsuń
  9. No cóż, bede wstawac do pracy przed 6 i zawozic dziecko do żłobka na 7, bo maz pracuje w drugiej części województwa. Przed 8 powinnam byc w pracy. Po 6 godzinach zamierzam wyjsc tak żeby zdarzyc odebrac dziecko i podjechac do domu zanim złapie mnie szczyt. Potem w pol dnia bede musiala zrobic to, co teraz robię caly dzień: sprzatanie, pranie, obiad. Maz pracuje 240h w miesiacu, dziadkow do pomocy brak.Wieczorem postram sobie w leb nie strzelić.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam i zastanawiałam się co z resztą obowiazkow,ale jak się okazuje masz bardzo pomocnego męża...ja niestety nie.mam jedno dziecko,pracuje i wszystkie obowiązki domowe należą do mnie,zakupy,rachunki,ja doprowadzamy dziecko do przedszkola,ja wszystko planuje.mój mąż żyje chwila...na sprzątanie szkoda dla niego czasu,potrafi tylko wegetowac na kanapie i grać w gry jak dziecko. A ja czuje ze nie mam już siły,mojemu mężowi potrzebny kubeł zimnej wody,ale nie wiem co mam zrobić żeby samej sobie nie przysporzyć kłopotów. Z reguły kiedy mąż ma przejąć jakieś obowiązki,to kończy śie to tak że "zapomni,ma czas itp itd" A więc ostatecznie nie zrobi czegoś a ja musze nadrabiać miną albo wymyślać coś na gorąco

    OdpowiedzUsuń

Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *