Święta, święta i po świętach...


Aż trudno uwierzyć, że Boże Narodzenie 2018 przeszło do historii. Czekałam na te Święta z wytęsknieniem. Ostatnie dwa miesiące wyczerpały mnie zupełnie. Przeprowadzka i niekończące się problemy z nowym lokum, dojazdy do pracy, a właściwie poranna szarpanina z dziećmi, które nie mogą przywyknąć do wstawania o 6 rano (wcale mnie to nie dziwi, nota bene), stresująca praca, szczeniak, który nie może nauczyć się załatwiania swoich potrzeb poza domem...


Żyjemy za szybko, wszędzie pędzimy i mimo pośpiechu zawsze jesteśmy spóźnieni. 

A tak chciałabym wszystko móc robić w swoim własnym tempie. Niestety w dzisiejszych czasach wydaje się to być nieprawdopodobne. Czy nasi rodzice też musieli robić wszystko biegiem? Praca, szkoła, przedszkole, zakupy, dom. Do tego korki na drogach. Chcesz pędzić, ale nie możesz. I pojawiają się nerwy, frustracja i brzydkie słowa, które słyszą nasze dzieci. One też muszą gnać. Rano do szkoły, po szkole na basen, po basenie na kolejne zajęcia i finalnie do domu, by jak najszybciej odrobić lekcje i móc nacieszyć się godzinną wolnością przed pójściem spać. I tak w kółko...

Czekałam na te Święta jak na zmiłowanie umordowana naszą codziennością. 

By mieć trochę świętego spokoju, zdałam się na teściową w kwestii organizacji Wigilii, jednak pierwsze i drugie Święto należało już do mnie. Nie stał się cud i stoliczek sam się nie nakrył, a szkoda. Tych 6 godzin, które spędziłam za konsoletą kuchenną mieszając w garach, mogłabym spędzić na przykład robiąc sobie paznokcie czy maseczkę. A tak, pękając z dumy z mojego rumianego kulebiaka, usłyszałam, że jest za kwaśny i za pieprzny. Jest kwaśny i pieprzny, bo jest z kiszonej kapusty, a nie z papieru, GOT IT? Ja pier... W przyszłym roku już na 1000% jedziemy na Święta w góry. SAMI, żeby było wszystko jasne.

I tak oglądam sobie te wszystkie blogi, te uśmiechnięte mamuśki i dzieci jak z żurnala i zastanawiam się, co oni wszyscy biorą, że im uśmiech z gąb nie schodzi, ich mieszkania są zawsze idealnie posprzątane, a dzieci raz posadzone za stołem siedzą w bezruchu i grzecznie mówią proszę i dziękuję. Moje nic nie chcą jeść poza ciastem, biegają dookoła stołu, goniąc umęczonego szczeniaka, a w domu zamiast Insta-lukru panuje Insta-kupa. Psia kupa.

Święta, święta i po świętach. Jeszcze jutro i będziemy o kolejny rok starsi. 

Pojutrze wyostrzą nam się zmarszczki, posiwieje włos na głowie i kolejny raz obiecamy sobie, że się za siebie bierzemy. Za swoje wały, bebzy, kaczuchy i tym podobne pelikany. Obiecamy sobie mniej wgapiać się w Fejsbuki i Instagramy, a więcej czasu spędzać z rodziną. Na słowo harcerza poszukamy lepiej płatnej pracy i przeczytamy coś więcej niż wpis na Pudelku. Ile z nas dotrwa w swoich postanowieniach do kolejnego Sylwestra? Haha, stawiam, że maksymalnie 1%, jak nie mniej. Ja już nie robię postanowień noworocznych. Stawiam sobie maksymalnie 3 cele, do których małymi krokami będę dążyć. W tym roku udało mi się osiągnąć wszystkie trzy. Dom stoi, praca zmieniona, autkiem śmigam trochę gorzej niż Kubica, ale zawsze;)

A co z blogiem? Blog jak nastrój kobiety, raz ma się lepiej, raz ma się gorzej. Zależy od dnia cyklu. Niczego nie obiecuję, niczego nie komunikuję. Liczy się tu i teraz, szczerość ponad marketing i słowa kluczowe. I ze szczerego serca życzę Wam tylko miłych chwil w Nowym Roku. Oby był lepszy niż ten kończący się 2018.

Wasza Matka Pracująca.

Spodobał Ci się ten post? Podziel się nim!

Budowa domu czy kupno mieszkania?



Kupić mieszkanie, czy wybudować dom? A może jednak coś wynająć? Przed takimi dylematami staje niemal każda młoda para, która nie miała tyle szczęścia, by odziedziczyć nieruchomość po babci czy po cioci z Ameryki. Temu samemu problemowi musieliśmy stawić czoła my ponad 10 lat temu, gdy podjęliśmy decyzję o zawarciu związku małżeńskiego.

Oboje od urodzenia mieszkaliśmy w blokach. Nigdy się nie przeprowadzaliśmy i każde z nas musiało dzielić pokój z młodszym rodzeństwem. Mieszkanie w centrum dużego miasta miało masę plusów. Bliskość szkół i sklepów, łatwość przemieszczania się, znajomi i sąsiedzi, do których można było zawsze wpaść po przysłowiową szklankę cukru lub zapasowy korek do licznika. 

Życie w blokowej komunie miało swój urok i tak naprawdę żadne z nas nie wyobrażało sobie mieszkania w domu jednorodzinnym.

No tak, ale czasu do ślubu było coraz mniej, a decyzję trzeba było podjąć. Zwłaszcza że w 2008 roku budowa domu kosztowała niemal tyle, co kupno nowego ok. 50-metrowego mieszkania. Ja mimo zamiłowania do rodzinnego blokowiska skłaniałam się jednak ku budowie domu. Mój narzeczony - upierał się przy mieszkaniu. Jego zdaniem z domem są same kłopoty i niekończąca się robota. Trzeba kosić trawę, palić w piecu, odśnieżać podjazd zimą, sprzątać liście, naprawiać przeciekający dach i inne usterki. Mieszkając w bloku mamy ten komfort, że teren wspólny, garaże i drogi dojazdowe do nieruchomości są sprzątane przez ekipy wynajęte przez wspólnotę mieszkaniową lub spółdzielnię. To samo tyczy się większych i mniejszych napraw. 

Lokatorzy nie muszą zawracać sobie głowy nawet wodą kapiącą z sufitu, gdyż koszt hydraulika i remontu zazwyczaj jest pokrywany z polisy ubezpieczeniowej zalewającego nas sąsiada lub wspólnoty.





Wszystko pięknie, ale mieszkając w kamienicy lub w bloku nie mamy żadnego wpływu na to, kto będzie naszym sąsiadem. Obowiązuje nas cisza nocna, zatem imprezowanie do rana z głośną muzyką w tle i śpiewającymi gośćmi może nie przejść. Wręcz przeciwnie, to my możemy stać się ofiarami głośnych, kłótliwych i marudnych sąsiadów. Aranżacja przestrzeni wspólnej to kolejna rzecz, której nie będziemy mogli kształtować zgodnie z własnym gustem. Każdy remont klatki schodowej czy nasadzenia na podwórku będą odbywały się dopiero po przejściu stosownej uchwały na zebraniu wspólnoty lub spółdzielni. Co innego we własnym domu. W nim jesteśmy sobie żaglem, sterem i okrętem (rzecz jasna, jeśli nasze działania nie oddziałują na sąsiednie posesje:) To jak zagospodarujecie sobie swoją przestrzeń zależy tylko i wyłącznie od Waszej kreatywności i zasobności portfela.



Po długich negocjacjach i wizytach w bankach, zapadła decyzja o zakupie mieszkania. Nasza zdolność kredytowa pozwalała nam na kupno 52-metrowego lokum. Gdybyśmy chociaż dysponowali działką, to koszta budowy domu właściwie zrównałyby się z kosztem zakupu lokalu w bloku (pod koniec 2008 roku, czyli na początku kryzysu ekonomicznego na świecie, 1000-metrowa działka kosztowała w Łodzi ponad 200 tysięcy złotych). Wtedy miałabym większą siłę przebicia i mój mężczyzna uległby moim namowom i dziś mieszkalibyśmy w zupełnie innym miejscu...



Jeśli stoisz przed podobnym dylematem: dom czy mieszkanie:


  • Przeprowadź dokładny wywiad w swojej okolicy na temat kosztu zakupu mieszkania nowego, z drugiej ręki oraz cen remontów i materiałów budowlanych. Każda zmiana dokonana w mieszkaniu podnosi jego cenę i wartość. 

  • Przejrzyj dostępne w internecie kalkulatory budowlane. Dzięki nim będziesz w stanie oszacować ile gotówki pochłonie budowa domu. Na stronach pracowni projektowych często podawane są szacowane kosztu realizacji danego projektu. Budowa metodą gospodarczą jest zazwyczaj o kilkanaście % tańsza od budowy metodą standardową. Im więcej zrobicie sami, tym mniej $$ będziecie musieli zapłacić fachowcom, ale to temat na oddzielny post :).

  • Jeśli nie dysponujesz działką, niech Twoim nawykiem stanie się przeglądanie strony internetowej Twojego urzędu gminy i miasta. Wiele działek rozchodzi się za bezcen w czasie miejskich przetargów. My właśnie od gminy kupiliśmy swój kawałek ziemi. Była to już czwarta licytacja, po trzeciej miasto znacznie obniżyło cenę ziemi z braku oferentów:)

  • Popytaj znajomych ile kosztuje ich utrzymanie mieszkania i domu. W przypadku mieszkania weź pod uwagę wysokość czynszu i tego, co w sobie zawiera, opłat za prąd, gaz, wywóz śmieci, TV i internet.  Jeśli chodzi o dom dowiedz się ile wydają rocznie na ogrzewanie, podatki od nieruchomości, wodę, prąd, ścieki, wywóz śmieci, naprawy, TV i internet. Tak naprawdę to wysokość kosztów użytkowania powinna przesądzać o tym, co wybierzemy. Dom stary, słabo ocieplony będzie tracił ciepło, a Ty kasę. To samo mieszkanie. Więcej zapłacisz za ogrzewanie mieszkania położonego na peryferiach budynku (na jego parterze, poddaszu lub szczycie). 

  • Zastanów się co będzie miało dla Ciebie większe znaczenie: bliskość instytucji, sklepów i miejsc pracy w mieście, czy cisza, spokój, kontakt z przyrodą poza nim. 

  • Jeśli nie dysponujesz gotówką, sprawdź swoją zdolność kredytową. Może się okazać, że stać Cię tylko na zakup małej kawalerki w kamienicy ogrzewanej piecem węglowym, co ma też swój urok:)
Ponad dwa lata temu, gdy ceny materiałów budowlanych były na przyzwoitym poziomie, w końcu namówiłam męża na budowę domu. Nic wielkiego, 125 metrów, dużo otwartej przestrzeni, 3 sypialnie i gabinet. Już dawno powinniśmy w nim mieszkać, ale... o tym w kolejnych postach:)

Ania

Spodobał Ci się ten post? Podziel się nim!

Powrót do blogowania? Czemu nie?!



Cześć, to ja. Anka, czyli Matka (wciąż za dużo) Pracująca. Z pewną taką nieśmiałością odzywam się do Was pierwszy raz po trwającej co najmniej trzy tysiące lat świetlnych przerwie. Gdzieś pomiędzy doglądaniem budowy domu, zmianą pracy, operacją uszu Artura i codziennym ćwiczeniem na skrzypcach z Kubą postanowiłam upchnąć blogowanie.

Mojego powrotu nie poprzedziło gruntowne badanie rynku, pisanie postów z miesięcznym wyprzedzeniem czy przygotowanie strategii biznesowej na najbliższe 4 lata. Wręcz przeciwnie. Wróciłam dziś do domu z kolejnej przedegzaminacyjnej jazdy "Elką" i stwierdziłam, że... brakuje mi pisania i dzielenia się z Wami obrazami z naszego życia.

Wiele się zmieniło od ostatniego wpisu. Właściwie nikt i nic nie jest takie jak kiedyś. Kuba chodzi już do 2 klasy szkoły muzycznej, Artur jest przedszkolakiem "całą gębą", mężowi ubyło włosów, a przybyło brzucha, a mnie kilogramów i zmarszczek pod oczami. Wkrótce przeprowadzamy się do naszego wymarzonego domu, a ja od kwietnia rozpoczynam pracę w nowej firmie. Non progredi est regredi, czyli nie idąc do przodu, cofamy się. Mimo życiowego pędu, ja niniejszym robię krok w tył i wchodzę znów do rzeki zwanej "Blogiem Matki Pracującej".

Zaglądacie tu w ogóle? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach pod postem. Jeśli jesteście zupełnie nowymi czytelnikami lub macie swoje własne miejsce w sieci, dorzućcie również link do Waszego bloga lub strony WWW. Z chęcią poczytam o tym, kim jesteście i co u Was słychać.

Pozdrawiam Was serdecznie i do kolejnego wpisu!

Ania

Spodobał Ci się ten post? Podziel się nim!




Facebook

Napisz do mnie!

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *